piątek, 10 maja 2013

Frywolitki?

Tak! To jest właśnie to, o czym nie śniło się ani filozofom, ani najstarszym góralom, ani nawet Martinowi Lutherowi Kingowi. To jest właśnie to, o czym nie śniło się przede wszystkim Działowi Edukacji Muzeum Górnośląskiego. Mówiąc szczerze, jeszcze do niedawna nie mieliśmy najbledszego pojęcia, co to za dziw natury, ten frywolitek. Prawdopodobnie bylibyśmy w stanie pomylić frywolitki z haczykami do wędek albo jakimś rodzajem tasiemca, ale tak było kiedyś. Obecnie jesteśmy adeptami frywolitkowania i bardzo sobie to cenimy.



Zaczęło się, jak to zwykle u nas, od społecznego zapotrzebowania, które wsparte talentem Pani Małgosi Drewniok przekształciło się w kolejny cykl warsztatów w naszej świetlicy! Mówisz - masz! Tak się to robi w Muzeum Górnośląskim w Bytomiu! :)

Frywolitki jednak, są sztuką niezwykle trudną i wymagającą. Dlatego też postanowiliśmy rozbić naukę tego skomplikowanego rzemiosła na dwa spotkania warsztatowe. Na pierwszym zapoznawaliśmy się z czółenkami do frywolitek - w końcu stworzenie dobrej relacji z przyszłym współpracownikiem jest podstawą owocnej pracy. Było miło, czółenka nas polubiły, kordonki również, można się więc było zabrać do pracy. Większość Pań, które uczestniczyły w warsztatach, gdy usłyszała, że na pierwszym spotkaniu będziemy uczyć się tylko robienia "sznurka", nie kryła zdziwienia. Jak to? Całe warsztaty, tyle czasu, a jedyne co zrobimy to prosta sfrywolitkowana nitka?!? No, ale jak się zaczęło... W jednej chwili wszyscy zrozumieli, dlaczego tej "prostej" niteczce, sznureczkowi, czy mówiąc językiem profesjonalistów (którymi przecież teraz jesteśmy, prawda?) "łuczkowi po linii prostej" należało poświęcić całe spotkanie. Okazało się, że ten niewinny "łuczek" powoduje problemy, których ilość i doniosłość można śmiało porównać do problemów fizyki kwantowej.
Czy ma przeskakiwać? Czy może nie ma przeskakiwać? Czy przeskakiwanie, to to samo co kliknięcie? Czy nie moglibyśmy mieć więcej rąk, bo z tymi dwoma, co mamy to średnio nam wychodzi? Po pewnym czasie pojawiły się problemy z rozpoznawaniem własnych dłoni - która jest która tak właściwie? I którą nitką powinna się obecnie zajmować? Która przetyka, a która zaciąga?
Kto by pomyślał, że dwie nitki, mogą generować tyle problemów i wątpliwości. Pani Gosia cierpliwie pokazywała, podpowiadała i kontrolowała nasze poczynania. No i w końcu - udało się! Łuczek opanowany! To jednak nie wszystko, skoro umiemy łuczek, przyszedł czas na kółeczko. Wszystko właściwie prawie tak samo, ale prawie, jak to mówią, robi wielką różnicę.

 Kółeczko robimy na jednej nitce, druga dynda sobie beztrosko, a nam pot już wstępuje na czoło, bo tym razem zaciągać trzeba w ramach kółka i jeszcze pilnować czy się przesuwa (kto miał z tym kiedyś do czynienia zrozumie, o co mi chodzi), jeśli się nie przesuwa, klniemy cicho pod nosem (tam do licha!) i zaczynamy od początku. Po raz kolejny zaczynamy się zastanawiać ile w końcu mamy palców i który jest który. Raz jest ich za mało, innym razem czujemy się jakbyśmy byli stonogą, tyle że na okoliczność palców. Po długim czasie prób, błędów, frustracji oraz kilku załamaniach nerwowych pierwsza z Pań pokazała nam piękne, malutkie i całkiem gotowe kółeczko! Radości nie było końca!
Zadanie domowe: ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć! Łuczki, kółeczka, czółenka, kordonki, palce i milion innych rzeczy. I żeby nam się jeszcze wszystko ze wszystkim nie pomieszało.

Drugie spotkanie - wstęp brzmi zachęcająco: będziemy robić kwiatka! Pani Gosia pokazała nam przepiękne, zrobione przez siebie kwiatki i powiedziała, że my też będziemy takie robić. Uwierzyliśmy i ochoczo przystąpiliśmy do pracy. Jak takie cudo zrobić? Nic prostszego! Trzeba tylko wykorzystać umiejętności, które zdobyliśmy na poprzednich zajęciach (kto zdobył, ten zdobył:)). Robimy więc, co następuje: łuczek, pikotkę (Cokolwiek to znaczy. Żartujemy, oczywiście jako profesjonaliści doskonale wiemy o co chodzi, gorzej z wytłumaczeniem. Pikotka, to taki supełek, jak wszystkie, tylko trochę inny - no, to wszystko jasne! Robimy go po prostu w większym odstępie), następny łuczek, obracamy nić i dawaj - robimy kółeczko! Kółeczko wystarczy jedynie gęsto poprzetykać pikotkami, po raz kolejny odwrócić nić i dziergać kolejne łuczki. Zabieg powtórzyć nieskończoną ilość razy i może nam wyjdzie kwiatek. Nie muszę dodawać, że każdy najmniejszy błąd sprawia, że możemy po raz kolejny zaznać radości robienia wszystkiego od początku. Sama słodycz! Mimo tego, że wszytko o czym, tu piszemy brzmi przerażająco, strasznie i w ogóle zniechęcająco, musimy przyznać, że ciężka praca się opłaca i widok własnoręcznie zrobionej frywolitki wzrusza. Panie, które uczestniczyły w warsztatach wspaniale opanowały sztukę frywolitkowania i zaprezentowały nam swoje dzieła - satysfakcjonującą nagrodę za wiele godzin żmudnej pracy, za krew, pot i łzy. Jesteśmy niesamowicie dumni!!!