wtorek, 7 kwietnia 2020

Agrarna magia Świąt, czyli zaczynamy Wielki Tydzień.

Święta Wielkanocne - wbrew temu, co może nam się wydawać, kiedy od października obserwujemy objawy świątecznej atmosfery zmierzającej do Świąt Bożego Narodzenia - od zawsze były zdecydowanie istotniejsze. Poprzedzone intensywnymi przygotowaniami, Postem oraz niezliczonymi epizodami zaklinania przyrody. Zresztą narodziny i urodziny, to rzecz którą warto świętować i każdy z nas to robi, jednak Zmartwychwstanie, to wydarzenie nie do podrobienia. Święta Wielkiej Nocy na śląskiej wsi celebrowały jednak powrót do życia dużo szerzej – symbolika jajka jako początku nowego życia nie dotyczyła jedynie zmartwychwstającego Chrystusa, ale także odradzającej się przyrody (co również było zagadnieniem dużo bardziej istotnym niż bożonarodzeniowy środek zimy), a elementy magii agrarnej towarzyszyły, przeplatały czy nawet były wspierane przez religijne praktyki. Właśnie na te aspekty świętowania chcemy zwrócić uwagę w kolejnych artykułach, dotyczących tego czasu na Górnym Śląsku.

Dni świąteczne w kulturze mają to do siebie, że w sposób najtrwalszy przechowują i przekazują tradycję, gwarantując poczucie tożsamości w grupie, ponieważ rzeczywiście, dni te naznaczone są tożsamością czy może takożsamością zachowań wszystkich ludzi, co znaczy mniej więcej tyle, że w dni takie wszyscy wiedzą co należy robić i to robią, co z kolei oznacza, że wszyscy robią mniej więcej to samo. Na śląskiej wsi przeżywanie poszczególnych obrzędów wielkotygodniowych miało charakter grupowy – społeczny, nie prywatny, jak to ma miejsce współcześnie, kiedy nasze obrzędy zamykamy w czterech ścianach naszych domów. Mieliśmy do czynienia z szeregiem praktyk, które angażowały całą społeczność lub jej większą część. Wielki Tydzień był czasem najintensywniejszych przygotowań, a z każdym jego dniem wiązał się szereg ściśle określonych praktyk.

Wielka Środa

Inaczej zwana była Żurową strzodą, ponieważ w dniu tym na Śląsku palono żur. Jest to bardzo dawny zwyczaj, który polegał na podpalaniu skrobaczek, czyli starych, zużytych mioteł nasyconych smołą lub oblanych żywicą. Z płonącymi miotłami biegano po polach jak z pochodniami. Biegając, co chwila uderzano nimi o ziemię, wykrzykując:

„żur palę, buchty chwalę”
„żur pola, buchty chwola, co krok to snop”
 „żur pola, co krok to snop, co stopa to kopa”
„żur pola, co by zboże rosło”


W obrzędzie tym uczestniczyli najczęściej młodzi ludzie – głównie chłopcy, czasem też dziewczęta. W niektórych wsiach zapalano także słomiane wiechcie na wysokich żerdziach lub duże ogniska z wszelkich resztek na granicach pól i dopiero od tego ogniska młodzież odpalała stare miotły. Jest to interesujący zwyczaj, dzisiaj już niemal nieistniejący, który, mimo okresu Postu, często przybierał formę wesołej zabawy z pieczeniem ziemniaków i skokami przez ognisko oraz samotnymi spacerami zakochanych par. Interwencja władz kościelnych w ludowy obrzęd sprawiła, że w niektórych wsiach przybrał on formę procesji ze światłami, która była interpretowana jako „szukanie Jezusa w Ogrójcu” również w formie „biegającej”  upamiętniającej scenę poszukiwania Chrystusa przez Żydów, chcących go pojmać. Pierwotne znaczenie obyczaju ma jednak związek z magicznymi praktykami mającymi zapewnić urodzaj oraz pozbywaniem się i niszczeniem wszelkiego zła, niedostatku i robactwa w postaci obrzędowego spalenia śmieci na granicy pól.

Innym, praktykowanym gdzieniegdzie zwyczajem było palenie lub wypędzanie Judasza „(…) po psalmach recytowanych po południu w kościele, młodzież, a raczej młodzi chłopcy, urządzają przy pomocy piszczałek i taczek ogromny hałas, co ma symbolizować trzęsienie ziemi podczas śmierci Chrystusa. W dawniejszych czasach kościelny, ubrany w czerwoną kamizelkę, udawał Judasza, którego wśród hałasu wypędzano z kościoła” . W innej wersji obrzędu na polu spalano słomianą kukłę, która przedstawiać miała Judasza. Można się tutaj dopatrzyć mechanizmu, który towarzyszy także paleniu Marzanny czy żuru – zło i to, co zło symbolizuje musi zostać przede wszystkim wygnane (wyniesione) ze wsi oraz spalone, żeby mogła ona zostać z niego oczyszczona. Spalone „resztki” Judasza rozsypywano na polach na urodzaj lub zabierano do domu dla ochrony przed piorunami.

Wielki Czwartek

W tym dniu na wsiach pojawiały się pochody chłopców z klekotkami, klepaczkami czyli drewnianymi kołatkami, które były znakiem żałoby, zdrady Judasza i mającej się wkrótce rozpocząć męki Chrystusa. W tym czasie radosny i donośny dźwięk kościelnych dzwonów był niedopuszczalny, a według relacji ludu śląskiego same dzwony udawały się do Rzymu, gdzie pozostawały związane w wieży i miały tam pozostać aż do Wielkanocy. Chłopcy chodzący z klekotkami, do każdego domostwa zanosili wieść o żałobie i ustaniu radości, z tego powodu czasem obdarowywani byli skromnymi datkami.



Klekotanie miało też na celu odstraszenie wszelkiego zła od wsi i domostw, ponieważ wierzono, że właśnie w tym czasie, czarownice były najbardziej aktywne „zbierając pożytek z pól”, czy odbierając mleko krowom. Był to też czas kiedy urządzały swoje kiermasze i istniało największe niebezpieczeństwo „oberwania” jakimś urokiem. Utarło się nawet powiedzenie „bez uroku”, które należało dodać za każdym razem, gdy wypowiadano jakiekolwiek pochwały w tym czasie. Samemu natomiast uprawiano różnego rodzaju zabiegi magiczne, które miały na celu np. przepędzenie kretów, czy zapewnienie obfitych opadów deszczu. Żeby zapewnić sobie zdrowie należało natrzeć nogi popiołem lub wysmarować tłuszczem, natomiast na urodzaj pomagało okadzanie pól dymem z palonego spróchniałego drewna oraz obsypanie ich popiołem. Bardzo starym zabiegiem magicznym wykonywanym w zależności od miejscowości, w Wielki Czwartek lub w Wielką Sobotę było potrząsanie drzewkami owocowymi, co miało oczywiście zapewnić urodzaj owoców. W Wielki Czwartek należało go wykonać bezpośrednio przed zawiązaniem dzwonów.

Wielki Piątek

Dzień ten zaczynał się bardzo wcześnie i był szczelnie wypełniony obrzędami, z których pierwszym było obrzędowe obmywanie się w rzece lub w strumyku. Celem tego zabiegu było zapewnienie sobie zdrowia, a także urody i „szwarności” na cały rok. Żeby jednak był skuteczny, należało ściśle przestrzegać określonych reguł: obmycie musiało mieć miejsce przed wschodem słońca, w wodzie płynącej z zachodu na wschód i w całkowitym milczeniu, woda na ciele powinna wyschnąć sama, a po zakończeniu obmywania należało odmówić modlitwę z twarzą zwrócona ku wschodzącemu słońcu. Po powrocie do domu pito „kieliszek tatarczówki na chroboka”, który był także pamiątką męki Chrystusa, kiedy to Żydzi poili go octem, a to dlatego, że do wypicia tatarczówki trzeba było się „przemóc” ze względu na jej ostry i gorzki smak. Kieliszek wódki w Wielki Piątek miał też na celu ochronę przed bólami żołądka i był zdecydowanie zalecany – paradoksalnie, kto nie wypił kieliszka w Wielki Piątek, miał być pijakiem przez cały rok.

Innym dobrze znanym zwyczajem było zatykanie w tym dniu na polach, w chlewach i na strychach krzyżyków wykonanych z poświęconej palmy wielkanocnej – miały chronić przed gradobiciem, szkodnikami i innymi klęskami, które mogły by zagrozić plonom. W niektórych wsiach stawiano je jedynie w tzw. „pustych godzinach”, czyli w czasie kiedy Chrystus został już zdjęty z krzyża.
Innym sposobem ochrony gospodarstwa – tym razem przed złymi mocami – była praktyka rysowania kredą trzech krzyżyków na wszystkich drzwiach, natomiast żeby ochronić się przed bardziej pospolitymi, ziemskimi złodziejami, należało obejść trzy razy dom dookoła i zmówić Ojcze nasz i Zdrowaś Mario – każde po pięć razy. Te i wiele innych praktykowanych w różnych miejscach regionu magicznych zabiegów, miało przede wszystkim sens wegetacyjny oraz ochronny - zmierzały do zapewnienia sobie, bliskim i domostwu bezpieczeństwa, zdrowia i dobrobytu.


Wielka Sobota

Również zwyczaje wielkosobotnie mają synkretyczny charakter. Święcenie ognia, jako światła Chrystusowego, ma swe podłoże w zdecydowanie poprzedzających Chrystusa obrzędach związanych z wiarą w moc ognia jako środka odstraszającego złe moce, symbolizującego oczyszczenie. Również kult wody niezbędnej do wegetacji i urodzaju powszechny był od czasów pogańskich. Te dwa żywioły stanowią ważny element chrześcijańskich obrzędów Wielkiej Soboty. Do dzisiaj  nabożeństwo zaczyna się  rozpalenia i poświęcenia ognia na placu przed kościołem, dawniej jednak zabierano ten poświęcony ogień do domu w postaci opalonego kawałka drewna. W tym dniu święci się także wodę. Dawniej powszechne było posiadanie święconej wody w domu oraz częste używanie jej przy różnych okazjach – głównie w celach leczniczych, oczyszczających oraz przy zabiegach związanych z narodzinami, śmiercią czy przy błogosławieństwach weselnych. W niektórych regionach wypijało się łyk takiej „świeżo poświęconej” wody dla zapewnienia sobie dobrego zdrowia.

Do dziś praktykowanym obyczajem jest oczywiście, znany już od średniowiecza zwyczaj święcenia pokarmów, na które składały się najczęściej: jaja, chleb, sól, ser, masło, szynka, chrzan, kiełbasy i ciasta. Co istotne, był to zwyczaj praktykowany jedynie przez polską ludność na Górnym Śląsku – ludność niemiecka nie święciła pokarmów Wielką Sobotę. Obecnie koszyczki są niewielkie i zawierają symboliczne ilości pokarmów oraz słodkie dodatki w postaci baranków czy zajączków z cukru lub czekolady. Dawniej natomiast, w związku z przekonaniem, że wszystkie spożywane podczas świątecznych dni pokarmy powinny być poświęcone, kosz bywał bardzo pokaźny i zdarzało się, że do kościoła musiały nieść go dwie osoby. Zdarzało się też, że księża przybywali do gospodarstw osobiście i święcili pokarmy bezpośrednio w domach, za co dostawali „ofiarę” w postaci jajek.

Sobota poświęcona była więc także przygotowywaniu kroszonek, pieczywa i innych składników, które miały składać się na święcone. Najważniejszym z nich były oczywiście jajka, a sztuka ich zdobienia znana była już w IX wieku. Bardzo bogate jest też spektrum wierzeń i praktyk związanych z jajkami: jest to symbol życia w zarodku, uosobienie energii życiowej, używane często do odczyniania uroków czy w magii związanej z kultem zmarłych. Później te magiczne właściwości i funkcje uległy zatarciu, ale ich pozostałości możemy dostrzec np. w zwyczaju zakopywania skorupek poświęconych jajek w dniu pierwszego wypasu bydła, żeby krowy obficie dawały mleko czy dzielenie się jajkiem, aby ochronić się przed wszelkim złem i „utrzymać spoistość rodziny”. Jajka wielkanocne były nie tylko poświęcone, ale także pięknie ozdobione przy pomocy specjalnych sposobów barwienia i technik zdobniczych, o których teraz co nieco powiemy, zachęcając do wypróbowania ich w domu:

Technika batikowa inaczej zwana woskową polegała na zdobienia jajka przy pomocy płynnego wosku. Blaszanym lejkiem lub główką szpilki maczaną w wosku, przed ufarbowaniem pokrywano jajka woskowymi geometrycznymi liniami. Następnie farbowano jajka w wywarze sporządzanym przy pomocy naturalnych barwników, takich jak łupiny cebuli, pędy młodej pszenicy lub żyta, kora dębu itp. Po starciu wosku, na jajku pozostaje nieufarbowany wzór.

Technika rytownicza polegała natomiast na wyskrobywaniu ornamentu (najczęściej roślinnego) czy nawet świątecznych lub miłosnych wierszyków, przy pomocy ostrego narzędzia na zabarwionej skorupce.

Zdarzało się, że techniki te były łączone. Według badaczy, śląskie kroszonki, stały na bardzo wysokim technicznym i artystycznym poziomie. Nic dziwnego, że ich wykonawcom, a częściej jednak wykonawczyniom zależało na wyjątkowo ozdobnych kroszonkach – były one przede wszystkim darem.

Przygotowania w Wielka Sobotę szły pełną parą – oprócz zdobienia kroszonek, przygotowywania święconego, piekło się także babki, kołocze, buchty i baranki oraz wykonywano całą masę magicznych zabiegów, m.in.: pobudzano drzewa do owocowania przez potrząsanie nimi gdy w kościele ponownie zabrzmiały dzwony, a tym które nie owocowały w zeszłym roku grożono ścięciem i odgrywano spektakl ocalenia, dając im tym sposobem „ostatnią szansę”. Ruszano też ulami, aby pszczoły dawały dużo miodu oraz sadzono głąby korzeniami do góry, aby uchronić jarzyny przed robakami.
Chłopcy natomiast przygotowywali się do śmiergustu sporządzając sikawki oraz karwacze z wierzbowych witek. A do czego były używane… to już w następnym odcinku.


poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Co w trawie piszczy? Część 2

Co ma wspólnego kupka ziemi, dżdżownica i oczy, które nie widzą, czyli słów kilka o krecie



Kiedy robi się ciepło okoliczne pola i nasze przydomowe ogródki często stają się ofiarą kreciej działalności – świadczą o tym świeże kopce. Czy zastanawialiście się jednak kiedyś, jak naprawdę wygląda krecia nora? Kopiec, który widzimy na powierzchni to tylko jeden z kilku elementów składających się na krecie domostwo.
Zacznijmy od tego, że krety to fenomenalni podziemni kopacze, ale mają swoje preferencje. Kopią tam, gdzie pozwala im na to ziemia – gleba nie może być zbyt twarda (najbardziej lubią gleby żyzne i wilgotne), nie może być zbyt dużo korzeni i innych przeszkód, no i przede wszystkim musi być tam wystarczająco dużo jedzenia. Jeśli miejsce spełni te trzy warunki, wtedy kret się tam zadomowi, bez względu na to, czy to pole, łąka, pole golfowe czy nasz przydomowy ogródek.
Gdy kret kopie (norę, korytarz albo coś innego) wtedy w miejscach, gdzie korzenie roślin tego zbytnio nie utrudniają, powstają kretowiska. Idąc na spacer na łąkę, pole albo do własnego ogrodu przyjrzyjcie się kopcom, a zauważcie, że najczęściej są ułożone kolejno, jakby w linii. To oczywiste – kret kopiąc korytarz musi gdzieś usuwać zbędny budulec czyli ziemię – wie to każdy, kto choć raz kopał dziurę w ziemi. Tak właśnie powstają te czarne pagórki – kret musi gdzieś usunąć zbędną glebę, by móc dalej kopać. Największe kopce dochodzą nawet do 90 cm wysokości! Nie oznacza to oczywiście, że kopiec nie ma innych, dodatkowych funkcji. Kretowisko pełni bowiem również rolę wywietrznika – dzięki niemu kret ma czym oddychać pod ziemią. Jest także pułapką na mniejsze łąkowe lub polne stworzenia, takie jak owady, ślimaki, żaby, a nawet myszy. Jeśli któreś z tych zwierząt wpadnie przez kretowisko do korytarzy i nie zdąży się wydostać, jest wielce prawdopodobne, że zostanie pożarte przez patrolującego swoje tunele kreta.
Tunele to osobna kwestia. To właśnie one składają się na prawdziwe krecie królestwo. Z bliska nie wydają się imponujące, ot, prosty korytarz o średnicy około 6 centymetrów (idealnie mieszczący jednego kreta), wykopany na głębokości od 20 do 50 centymetrów pod ziemią. Jeśli jednak prześledzimy długość tuneli odkryjemy, jak wielkie robią wrażenie. Rozciągają się bowiem na długość 100-200 metrów (rekordziści dobiegali do 1 kilometra łącznej długości korytarzy!) i zajmują terytorium nawet 6000 metrów kwadratowych! Również szybkość budowy jest godna uznania – nawet 15 metrów korytarza na dobę! Niesamowity wynik, jak na stworzonko, które waży zaledwie 120 gramów i dorasta do 17 centymetrów długości!
To jednak nie koniec. Pomijając kretowinę oraz tunele, krety budują również podziemne gniazda (nory), w których spędzają czas pomiędzy swoimi patrolami. Kret ma bowiem bardzo specyficzny cykl dobowy, rzadko spotykany u innych zwierząt – jednorazowo jest aktywny przez około 4 godzony, po których zapada w głęboki, mocny sen, trwający około 3 godzin. Oczywiste jest więc, że musi gdzieś spać. Właśnie do tego służy gniazdo, które kret wymoszcza zerwanymi trawami i mchem. Sypialnia jest połączona ze „spiżarnią”, w której kret przechowuje pożywienie, a także, jeśli warunki na to pozwalają, również ze „studnią”, będącą pionowym korytarzem sięgającym do wód gruntowych.

Pozostając w temacie „spiżarni”, warto zwrócić uwagę na to, czym żywi się kret, a także jak „skłania” zdobycz do pozostania w podziemnym „magazynie żywności”. Większość z nas wie, że krety żywią się dżdżownicami i jest to prawda. Jednak pod ziemią nie można być zbyt wybrednym, zwłaszcza, jeśli ma się tak wielki apetyt, jak kret. Dlatego te stworzenia zjadają wszystko, co znajdą w korytarzach – nie tylko pierścienice, ale również owady (także te w stanie larwalnym) i drobne kręgowce. Większość zostaje pożarta od razu, ale „nadprogramowe” dżdżownice kret odpowiednio obrabia i magazynuje w „spiżarni” na później lub na zbliżającą się zimę. W jaki sposób? Krety posiadają drobne, ale ostre zęby. Chwytając dżdżownicę i umiejętnie ją gryząc, podcinają im zwoje nerwowe. To oznacza, że dżdżownica jest żywa, ale sparaliżowana i jako taka nie może uciec ze „spiżarni”.
Wiemy już co zjada, ale w jaki sposób kret lokalizuje swoje pożywienie? Nie możemy bowiem zakładać, że jedynie patroluje swoje tunele licząc na szczęśliwy traf – jakby nie patrzeć, jest to mały, ale wytrawny i przebiegły drapieżnik. Przede wszystkim krety bazują na zmyśle dotyku oraz słuchu. Na pewno choć raz widzieliście, a może sami stosowaliście odstraszacz na kreta w postaci wiatraczka, butelki na patyku albo innego prostego urządzenia, które ma wprowadzać najbliższą ziemię w drgania lub przewodzić hałas. Rzeczywiście, krety pokryte są bardzo gęstym futerkiem, posiadają również włosy czuciowe na pyszczku i ogonie, które są nad wyraz czułe na drgania. Także słuch jest dobrze rozwinięty, mimo iż – co ciekawe – krety nie posiadają zewnętrznych uszu! Uszy kreta są cofnięte na tył czaszki i przykryte specjalnym fałdem skóry i włosami, które zamykają jego otwór słuchowy. Zmysłem, którego kret praktycznie nie używa, jest oczywiście wzrok – w tunelach jest zbyt ciemno, by zobaczyć cokolwiek, dlatego narząd wzroku jest przez krety nieużywany, mimo iż krety mają oczy. Nie są zbyt duże i są głęboko ukryte pod gęstym futerkiem, nie ma również pewności ile krety są w stanie zobaczyć w świetle dziennym (ani czy w ogóle rozróżniają ciemność od światła), ale nie zmienia to faktu, że jak najbardziej posiadają ten narząd.
Ciekawym zagadnieniem są „dłonie” kreta, które służą temu stworzeniu za łopaty. To nic innego jak silne przednie łapki z rozwiniętymi, twardymi i zagiętymi do tyłu pazurkami. W połączeniu z opływowym, wydłużonym ciałkiem sprawiają, że kret pod ziemią to prawdziwy sprinter!
Na zakończenie warto zadać pytanie, czy krety pojawiają się kiedykolwiek na powierzchni? Małe, najprawdopodobniej ślepe zwierzątko, z krótkimi przednimi łapkami, praktycznie bezbronne w świetle dnia? Odpowiedź może zaskoczyć, ale tak – kreta można spotkać na powierzchni, mimo iż zdarza się do dość rzadko. Zadziwiające jest, jak bardzo jest wtedy szybki. Przemieszcza się bez wahania, by jak najszybciej znaleźć odpowiednie miejsce do kopania. Jeśli tylko znajdzie glebę, która trafia w jego gust (lub wyczuje zbliżające się po ziemi niebezpieczeństwo), od razu zaczyna kopać i znika w tunelu.

Fot. Witalis Szołtys 

piątek, 3 kwietnia 2020

Co w trawie piszczy? Część 1


Co ma wspólnego paleolityczny petroglif, szczekanie i 34 kg groszku, czyli słów kilka o dzikim chomiku

Jak już zostało powiedziane kwarantanna trwa. Wielu z nas ma z tego powodu przygotowane duże zapasy. Można wręcz powiedzieć, że zachomikowaliśmy, co tylko się da. 


Określenie „chomikować” wzięło się oczywiście od chomika. Te sympatyczne stworzenia od setek lat są uznawane za symbol zapobiegliwości i gromadzenia zapasów na czarną godzinę. Warto za przykład wziąć dzikiego chomika europejskiego, którego można spotkać na wielu śląskich polach. Te chomiki są uznawane za największe, osiągają jakieś 30 cm długości i potrafią ważyć nawet kilogram, zwykle jednak są nieco mniejsze. Podobnie jak przedstawiciele innych gatunków, zbierają i magazynują w norach pod ziemią zapasy pożywienia. A mają co zbierać! Chomiki europejskie zjadają zielone części roślin, ale także ich korzenie i ziarna. Zajadają się więc pszenicą, jęczmieniem, żytem, owsem i kukurydzą, ale z chęcią jedzą również groch, fasole, marchewki, cebule, ogórki, sałaty, a nawet rzepy czy buraki. Jak widać, są w główniej mierze roślinożerne, ale od czasu do czasu nie pogardzą również tłustym owadem czy ślimakiem. 

Jak jednak chomiki przenoszą te wszystkie smakowitości do swoich nor? Oczywiście w pyszczkach.
Chomiki posiadają specjalne worki policzkowe, które są tak duże, że sięgają aż do barków!
Mogą być wykorzystywane do przenoszenia małych chomiczków, albo do nadymania się i straszenia przeciwników w czasie walki, ale ich główną funkcją jest przenoszenie jedzenia. Żeby opróżnić worki chomiki uciskają łapkami swoje policzki i w ten sposób wypluwają cenną zdobycz w swoich magazynach. Ale jak duży potrafi być taki magazyn? Cóż, chomiki zapadają w przerywany sen zimowy. To oznacza, że raz na jakiś czas wybudzają się z hibernacji, żeby coś przekąsić. Nic więc dziwnego, że muszą zachomikować dużo jedzenia. Zwykle jeden chomik magazynuje od jednego do kilku kilogramów jedzenia. Naukowcy odkryli jednak prawdziwych rekordzistów – jeden chomik zmagazynował aż 34 kilogramy grochu. Inny zebrał w swojej norze ziemniaki, kukurydzę i łubin o łącznej wadze 65 kilogramów! Nie możemy mieć pretensji do tych zwierzątek, że wykazują taką zapobiegliwość, ale nic dziwnego, że od zawsze były uznawane przez rolników za wielkie szkodniki... 

Swoją drogą, czy wiecie jak nazywano dawniej w Polsce chomika europejskiego? Z wielu popularnych zwrotów warte wymienienia są: piesek ziemny, szczekający szczur i obrońca pola. Skąd te nazwy? Chomik europejski jest niezwykle odważny i waleczny. Mimo, iż może schować się przed zagrożeniem w swojej ziemnej norze, to nie zawaha się stanąć do walki i to nawet z przeciwnikiem dużo większym od siebie. Wiedzieliście, że jeden chomik może zaatakować psa, dorosłego człowieka, a nawet traktor? Przed starciem najpierw stara się odstraszyć przeciwnika, stając na tylnych łapkach, wypinając do przodu brzuch i nadymając torby policzkowe, starając się w ten sposób wyglądać na większego niż jest w rzeczywistości. Jeśli to nie odstraszy intruza chomik przechodzi do ataku z użyciem pazurów i ostrych siekaczy. Takiej walce towarzyszyć będą przeróżne odgłosy – pomruki, parskania, piszczenie, a nawet skrzeczenie, kwiczenie i szczekanie! 

Ciekawym zagadnieniem jest również kolor chomiczego futra. Patrząc na te zwierzątka można mieć wrażenie, że chomiki nie potrafiły się zdecydować, jaki właściwie chcą mieć kolor. Ich grzbiet najczęściej jest brązowy, brzuch jest jednolicie czarny, łapki oraz części pyszczka są białe, a policzki oraz miejsca za uszami są żółtawe. Zupełnie jakby wpadły do kilku puszek z farbą... Nic dziwnego, że chomiki europejskie są jednymi z najbardziej kolorowych europejskich ssaków.

Na koniec ciekawostka historyczna, czy raczej prehistoryczna. Czy wiedzieliście, że chomiki żyły na Ziemi już 2,5 miliona lat temu? Paleontolodzy do dziś znajdują skamieniałe szczątki pra-chomików na terenie całej Europy i Azji. Co więcej, w jednej z jaskiń we francuskim departamencie Dordogne znaleziono również peleolityczny petroglif przedstawiający walkę chomika i łasicy.


Fot. Witalis Szołtys

środa, 1 kwietnia 2020

Migawki z Galerii Malarstwa Polskiego w Bytomiu, cz.1, Włoskie inspiracje

Kolekcja malarstwa polskiego Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu to jeden z cenniejszych zbiorów muzealnych w Polsce. Składają się na nią dzieła o wysokiej wartości artystycznej i symbolicznej. Dzięki temu zajmuje ona ważne miejsce w polskiej historii sztuki i pozwala w pełni zaprezentować twórczość polskich artystów.
Wieśniaczka z Doliny Ciociara, Edward Okuń

W kolejnych odcinkach przybliżymy Wam kilka z dzieł z tej niezwykłej kolekcji. Dziś mamy dla Was obrazy inspirowane podróżami do Włoch.
W naszej Galerii Malarstwa Polskiego możecie między innymi podziwiać niewielkich rozmiarów portret Włoszki z regionu Ciociara, autorstwa Edwarda Okunia.
 Edward Okuń to niezwykły malarz, rysownik i ilustrator, przedstawiciel symbolistycznego nurtu w sztuce Młodej Polski, znany z pejzaży - zwłaszcza z Włoch, portretów, kompozycji fantastycznych i alegorycznych, a także ilustracji książek i czasopism takich jak „Chimera” czy „Jugend”.
Natomiast wspomniana wyżej Ciociara to niezwykle urokliwy obszar Italii, bardzo często odwiedzany przez szukających inspiracji artystów. W maju 1944 roku w trakcie bitwy pod Monte Cassino to właśnie w tym regionie splotły się historie Polski i Włoch.
Edward Okuń, „La Ciociara (Wieśniaczka z doliny Ciociara)”, przed 1900, olej, płótno, tektura (ze zbiorów Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu).


W 1903 roku Julian Fałat namalował widok przedstawiający wenecką wyspę San Giorgio Maggiore. To
Widok na San Giorgio Maggiore, Julian Fałat
miasto, jak zapewne wiele włoskich miejscowości, już u progu XX wieku cieszyło się niesłabnącym wśród turystów powodzeniem. Zgiełk, ruch, niezliczone ilości zwiedzających były stałym elementem tego krajobrazu.
W niedalekiej przeszłości nieprzebrane tłumy odwiedzające Wenecję przyprawiały o prawdziwy zawrót głowy. Niejeden z nas rozmyślał, jak oderwać się od tego wszystkiego, co prędzej czy później znuży nawet najbardziej wytrzymałego turystę. Okazuje się, iż wystarczy, wzorem Juliana Fałata, wznieść się ponad piękno placu św. Marka, kierując swoje spojrzenie w stronę wyspy, na której znajduje się nieskazitelna w proporcjach, czysta w wyrazie budowla sakralna, zaprojektowana przez Andrea Palladia, jednego z najwybitniejszych architektów włoskiego renesansu.
Spokojny i cichy pejzaż polskiego artysty po dziś dzień daje wytchnienie i koi nerwy. Paradoks polega jednak na tym, iż w obliczu sytuacji, w której znalazły się obecnie Włochy oraz reszta świata, wiele dalibyśmy, aby zgiełk na powrót stał się elementem naszej rzeczywistości.
Julian Fałat, „Wenecja – widok na San Giorgio Maggiore”, 1903, pastel, tektura (ze zbiorów Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu),

                                                                           Słoneczna Italia zawsze była jednym z najbardziej atrakcyjnych miejsc – nie tylko dla tych, którzy lubią
Domy nad kanałem, Aleksander Gierymski
podróżować, ale także dla całej rzeszy artystów. Wielu z nich za obowiązkowy punkt na mapie swoich artystycznych destynacji uważało właśnie Włochy. Niektórzy decydowali się nawet na zamieszkanie w tym rejonie Europy. Tak też uczynił Aleksander Gierymski, który spędził we Włoszech znaczącą część swojego życia. Ten niezwykły „poeta światła”, jak określił go Zenon „Miriam” Przesmycki, wielokrotnie portretował nasycony słońcem włoski pejzaż.
Aleksander Gierymski, decydując się na niełatwe, bo z dala od ojczyzny, życie, zdawał sobie sprawę z tego, iż trudno będzie mu znaleźć gdziekolwiek indziej miejsce tak równoznacznie nasycone pięknem i światłem jak Włochy właśnie.
Dziś proponujemy Państwu luministyczny, rozwibrowany kolorem, bliski impresjonistycznej wrażeniowości obraz Domy nad kanałem autorstwa jednego z najwybitniejszych polskich artystów. 





Zdjęcia dzieł z Galerii Malarstwa Polskiego Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu Witalis Szołtys. 

wtorek, 31 marca 2020

Drapieżnik, kto to taki?

Grubodziób.
Czy właściciel takiego dzioba preferuje twarde ziarna
czy delikatne komary?





Prowadząc zajęcia związane ze zwierzętami należy zwrócić uwagę uczniów, że kształt ciała obserwowanego zwierzęcia (w tym wypadku dowolnego ptaka drapieżnego zamieszkującego śląskie mokradła) może być dla nas wskazówką, pomagającą ustalić, jaka jest rola tego zwierzęcia w ekosystemie, jakie jest główne źródło jego pożywienia, a nawet metoda łowiecka. Wyciąganie wniosków w oparciu o obserwację nazywamy dedukcją (przykład: detektyw Sherlock Holmes) i możemy się jej nauczyć poprzez dokładne przyglądanie się zwierzętom i równoczesne zadawanie pytań, na które staramy się znaleźć odpowiedź.



Kreci korytarz z widoczną na samym dole spiżarką
Pierwszym etapem jest ustalenie, czym właściwie jest drapieżnik? (odp. Zwierzę, które poluje na inne zwierzęta i je zjada). Dzieci, poproszone o podanie przykładu drapieżnika najczęściej podają zwierzęta duże, silne i zwyczajowo kojarzone z tym typem zwierząt (wilk, pantera, lew, rekin, tyranozaur). Technicznie rzecz biorąc drapieżnikiem jest jednak każde zwierzę, polujące i zjadające inne zwierzę, a więc również zwierzęta małe, niepozorne i powszechnie uznawane za sympatyczne, np. kret, biedronka, bocian, wróbel. Żywią się one bowiem innymi żyjącymi istotami. Drapieżnik nie musi więc być ogromny i muskularny.





Podróżniczek


Większość ptaków w gablocie muzealnej to drapieżniki, np. wąsatka czy podróżniczek to ptaki polujące na owady. Nas jednak interesują dzisiaj większe drapieżniki, ponieważ mają ciekawy sposób zdobywania pożywienia. Jeśli dobrze się przyjrzymy i zastanowimy, będziemy w stanie samodzielnie to odkryć.




  1. Kormoran.
W pierwszej kolejności ustalamy, na co kormoran będzie polował. Robimy to w pięciu prostych krokach:
  • Czy to duży, czy mały ptak? (duży).
    Kormoran
  • Czy w takim razie możemy podejrzewać, że będzie ptakiem owadożernym? (nie – musiałby polować na komary cały dzień, żeby się najeść).
  • Co w takim wypadku będzie jadł, skoro żyje na mokradłach, gdzie jest dużo wody? (ryby)
  • Skoro wiemy, że kormoran jest duży, to czy naje się małą/średnią/dużą rybką? (dużą)
  • Zastanówmy się, czy duże ryby mieszkają tam, gdzie jest płytko, czy raczej na większych głębokościach? (tam, gdzie głęboko).
Po ustaleniu, czym żywi się kormoran, możemy przejść do próby ustalenia, w jaki sposób zdobywa swoje pożywienie. Od razu możemy odrzucić, że używa narzędzi (wędka, sieć). Wykluczamy również czekanie na moment, aż ryba wyskoczy z wody (między wyskoczeniem z wody, a pluskiem mija bardzo mało czasu. Prawdopodobieństwo, że kormoran w tym krótkim momencie zdąży zauważyć rybę, dolecieć do niej i ją złapać jest praktycznie zerowe, dlatego odrzucamy tę możliwość). Wiemy, że jest drapieżnikiem, dlatego możemy odrzucić teorię, że wyłapuje ze zbiornika martwe ryby lub wyjada resztki innym ptakom. Pozostaje tylko jedna możliwość – kormoran nurkuje. Możemy przyjrzeć się naszemu kormoranowi, jego kształt ciała pomoże nam ustalić, czy ta teoria jest prawdziwa. Ustalamy to razem w następujących krokach:
  • DZIÓB: Jak wygląda dziób kormorana? (długi, zakrzywiony, „z haczykiem”). Po co mu ten „haczyk”? (kormoran łowi duże ryby, które mają dużo siły. Zakrzywiony dziób lepiej utrzyma upolowaną rybę i pozwoli zabrać ją na powierzchnię).
  • SKRZYDŁA: czy są duże czy małe? (duże). Czy będą sprawiać problem pod wodą? (rozłożone tak, dlatego kormoran je składa i przyciąga mocno do siebie). Jaki będzie miał wtedy kształt? (wydłużony i opływowy, jak torpeda albo pływak płynący strzałką – warto odwołać się do pływackich doświadczeń uczniów i zapytać, w jakiej pozycji płynie się szybciej: deską, żabką czy strzałką? Dokładnie tę samą technikę stosuje kormoran, składając skrzydła i wyciągając daleko szyję).
  • NOGI: skoro skrzydła nie są używane pod wodą, to co służy kormoranowi za „napęd”? (nogi). Żeby jednak szybko pływać potrzebuje mieć coś między palcami – co to może być? (błona). Do czego ona służy? (do szybkiego pływania – tak jak w przypadku kaczek albo żab).
Kormoran suszący skrzydła
Zbierając w całość zdobyte informacje wiemy już, że kormoran to duży ptak, który żywi się dużymi rybami, mieszkającymi głęboko w wodzie. Poluje na nie nurkując. Pomagają mu w tym nogi z błonami pławnymi, które pozwalają mu się przemieszczać pod wodą. Skrzydła przyciąga do siebie, by mieć bardziej opływowy kształt i w ten sposób szybciej pływać. Znalezioną rybę chwyta swoim zakrzywionym dziobem, który uniemożliwia rybie ucieczkę. Po złapaniu ryby kormoran wypływa i na powierzchni zjada swoją ofiarę.

Czy inne ptaki (drapieżniki mieszkające na mokradłach) będą stosowały dokładnie tą samą metodę łowiecką? (nie – różnią się od kormorana kształtem ciała i wielkością, więc nie możemy zakładać, że będą robić dokładnie to samo, co kormoran).

  1. Rybitwa
Rybitwa
Drugim analizowanym przez uczniów drapieżnikiem jest rybitwa. Najpierw w pięciu krokach ustalamy, co będzie jej głównym pożywieniem.
  • Jak sama nazwa wskazuje poluje głównie na ryby.
  • Czy będzie polować dokładnie tak samo, jak kormoran? (nie. Jest innej budowy, przede wszystkim jest mniejsza. Wiemy więc, że nie upoluje tak samo wielkiej ryby, jak kormoran).
  • Rybitwa jest raczej duża czy mała? (mała)
  • Skoro tak, to na jakie ryby będzie polować – małe, średnie, duże? (małe).
  • Zastanówmy się, gdzie mieszkają małe ryby? (tam gdzie płytko – cieplej, łatwiejszy dostęp do pokarmu i mniejsze zagrożenie ze strony dużych ryb).
Wiemy już co będzie głównym pożywieniem rybitwy. Poza ustalić jak będzie wyglądała jej taktyka łowiecka.
  • Czym rybitwa będzie łapała ryby? (dziobem – łapki są wyposażone w płetwy i są mniej chwytne). Dlaczego dziób nie ma „haczyka”? (rybki są małe i łatwe do łapania – rybitwa nie potrzebuje więc dodatkowej pomocy w utrzymaniu ryby w dziobie, poza tym prawie od razu ją połyka).
  • Jak wyglądają skrzydła rybitwy? W porównaniu do jej ciała są duże czy małe? (duże). Czy dobrze się będzie na nich latało? (tak).
W tym miejscu warto uczniom wyjaśnić różnicę między lataniem a szybowaniem. (Dobrym przykładem wyjaśniającym różnicę jest odwołanie się do ich własnych doświadczeń z jazdą na rowerze – jazda, kiedy kręcimy nogami jest jak latanie, bo do utrzymania się w ruchu potrzebujemy siły własnych mięśni. Jeśli jednak się rozpędzimy i przestaniemy kręcić nogami to nie zatrzymamy się gwałtownie ani się nie wywrócimy, tylko będziemy bez wysiłku jechać siłą rozpędu. Podobnie wygląda szybowanie. Można również przywołać przykład papierowego samolotu – czy on lata, czy może jednak szybuje?).
  • Wiemy już że duże skrzydła małej rybitwy świetnie nadają się do szybowania. Jak jednak wynajduje swoją ofiarę? (wypatruje podczas lotu, po czym nurkuje w powietrzu i wyciąga rybę dziobem spod powierzchni).


  1. Czapla
  • Czy jest podobna do rybitwy lub kormorana? (nie. Dlatego możemy odgórnie założyć, że nie
    Czapla biała
    będzie polować tak jak te dwa gatunki ptaków). Jakie możemy znaleźć potwierdzenie? (jest większa niż rybitwa, więc nie możemy założyć, że będzie w stanie długo i bez wysiłku szybować nad wodą. Ma długie nogi bez błony pławnej, więc nie będzie nurkować jak kormoran).
Mając już te informacje pora ustalić, co będzie podstawą pożywienia czapli oraz jak będzie wyglądała jej metoda łowiecka. Pomocne będzie odwołanie się do skojarzenia:
  • do jakiego innego ptaka jest podoba czapla? (do bociana).
  • Na co i w jaki sposób polują bociany? (na żaby, jaszczurki, myszy i duże owady, chodząc po łące i wyciągając je z trawy za pomocą ruchliwej szyi i długiego, mocnego dzioba). Ponieważ czapla jest tak bardzo podobna do bociana, możemy założyć, że będzie stosować podobną metodę (giętka, długa szyja pomaga przy wypatrywanie ofiary, którą potem wyciąga się długim dziobem).
  • Ale gdzie mieszka czapla? (na mokradłach. Dlatego będzie się żywiła tym, co tam mieszka – rybami, ślimakami wodnymi, wodnymi płazami, większymi owadami).
Tutaj płynnie przechodzimy do kolejnego zagadnienia, jakim jakim jest kamuflaż – w tym calu zwracamy uwagę uczniów na nogi czapli:
  • Jak wyglądają? (długie, cienkie, żółto-brązowe).
  • Co przypominają? (Trzciny, patyki).
  • Po co natura dała czapli nogi, które wyglądają jak trzciny? (dla zmylenia ryb. Jeśli czapla stanie przy brzegu, między prawdziwymi trzcinami, ryby nie zauważą obecności drapieżnika).
  • Jak nazywamy takie znikanie/udawanie czegoś? (kamuflażem).
W tym miejscu warto przytoczyć przykład kameleona, jako mistrza kamuflażu. Kameleon zmienia kolor swojego ciała, ale w ściśle określony sposób – próbuje zbliżyć się barwą do koloru otoczenia, żeby „zniknąć”. Ma to dwie funkcje: 1) kameleon jest niewidoczny dla drapieżników, które w innym wypadku mogłyby go z łatwością zobaczyć i zjeść; 2) kameleon jest niewidoczny dla owadów, na które poluje za pomocą długiego języka. W innym wypadku owady zauważyłyby kameleona i nie podeszły wystarczająco blisko, by dać mu się złapać.
Czapla stosuje kamuflaż w tym drugim użyciu – jej nogi pozwalają jej wtopić się w tło i łatwiej polować na ryby. Ale niektóre ptaki używają kamuflażu w pierwszym rozumieniu.

  1. Ślepowron
Ślepowron

Ślepowron
Ciągniemy temat kamuflażu. Pomoże nam w tym eksperyment – którego ptaka lepiej widać na gałęzi? Biało-czarno-szarego, czy brązowego? (brązowego). Ale wbrew pozorom oba ptaki to ślepowrony! W takim razie dlaczego ptaki z tego samego gatunku mają różne ubarwienie?

Zwykle u ptaków dominuje silne rozróżnienie ze względu na płeć. Samce (panowie) mają piękne, kolorowe pióra, którymi zwracają uwagę partnerek. Samice (panie) zwykle mają pióra w kolorach neutralnych i ziemistych – brązowe, szare, bure. Dlaczego? (Pozwala im to lepiej się ukryć przed drapieżnikami. To samice składają i wysiadują jaja, dlatego używają kamuflażu).

U ślepowrona powyższa zasada się nie sprawdza – zarówno samce jak i samice mają pióra biało-czarno-szare. Kim więc jest brązowy ślepowron? (pisklę). Dlaczego pisklę jest brązowe, w przeciwieństwie do swoich rodziców? (pisklę nie potrafi jeszcze latać, więc nie może uciec ewentualnemu drapieżnikowi. Brązowe upierzenie to kamuflaż, który pozwala pisklakowi się ukryć – jeśli nie będzie się ruszać, będzie wyglądać jak kawałek gałęzi).

  1. Bąk
Bąk
Prawdziwym mistrzem kamuflażu na naszych mokradłach jest ptak bąk. Niezwykle trudno go zobaczyć, nawet wiedząc, że mieszka gdzieś w pobliżu. Bardzo dobrze go jednak słychać – nazwa bąk pochodzi od głośnego dźwięku, jaki wydaje ten ptak (słychać go w promieniu nawet 4 km!). A czy my po dźwięku jesteśmy w stanie odgadnąć, jak wygląda jakieś zwierzę? (tak).

Eksperyment 1, z butelkami: mamy do dyspozycji dwie butelki z długimi szyjkami, jedną małą, drugą dużą. Czy dmuchając w nie wydobędziemy ten sam dźwięk? (nie). Czym będą się różnić (jeden będzie wysoki, drugi niski. Zasada: mała butelka = wysoki dźwięk, duża butelka = niski dźwięk). Czy ta zasada sprawdza się tylko na butelkach i instrumentach muzycznych, czy w przyrodzie też? (tak, w przyrodzie też. Przykładem może być ryk lwa i piski myszy lub wróbla).

Eksperyment 2, z instrumentem (patrz zajęcia „śpiew ptaków” ): mamy do dyspozycji instrument złożony z dowolnej rury o średnicy 3-5 cm, rękawiczki i słomki, połączonych taśmą. Wydajemy dźwięk, podobny do ryku bąka. Zastanówmy się:
  • Czy to będzie duży czy mały ptak? (duży)
  • Co się dzieje z rękawiczką? (nadyma się od powietrza)
  • Czy nasz bąk będzie miał podobną kieszeń na powietrze? (tak). Gdzie? (pod gardłem)
  • Jak wygląda jego szyja/rurka? (długa, cienka, wyciągnięta prosto do góry)
  • Gdzie bąk może się ukryć w naszej gablocie? (w trzcinach – jest ich dużo i rosną wszędzie).
  • Żeby się skutecznie ukryć w trzcinach, w jakim musi być kolorze, żeby nie było go widać? (żółto-brązowym, z zielonymi elementami).
Faktycznie, bąk jest dużym, żółto-brązowym ptakiem z zielonymi nogami, który śpiewa (ryszy) wyciągając długą i cienką szyję wysoko do góry.

Fot. Witalis Szołtys

środa, 21 czerwca 2017

Fotografia moja pasja




Żyjemy w świecie obrazów: poznajemy świat za pomocą wzroku, od urodzenia uczymy się rozpoznawać informacje wzrokowe i uczulać nasz zmysł  na istotne szczegóły. Jeśli nie będziemy tego robić... zostaniemy patrzącymi ślepcami wodzonymi za nos przez twórców reklam, którzy doskonale wiedzą, jak wykorzystać naszą ignorancję.



Jak ważna jest nauka patrzenia przekonałam się podczas pracy w Galerii Malarstwa Polskiego. Wydawało mi się, że jestem dość uważna, czytam dzieła sztuki ze skupieniem i nic nie umknie mojej uwadze... Organizowany przez nas konkurs Obraz a słowo. Literacki opis dzieła malarskiego udowodnił mi, że patrzeć uczymy się przez całe życie. Na 80 prac nadesłanych podczas drugiej edycji konkursu, w której opisywaliśmy dzieło Juliusza Makarewicza Chmielówka nad Dniestrem, dwie wspominały o niezauważonym przez mnie wcześniej elemencie: zwierzętach pasących się na łące u podnóża góry. Pasterz zostawia je i wchodzi na górę, żeby spojrzeć na otwartą, ogromna przestrzeń. Marzy? Pragnie czegoś więcej? Poszukuje? Od tamtej pory ilekroć przechodzę obok obrazu widzę pasące się w dole bydło. Ledwo zarysowane, ale scharakteryzowane bardzo dokładnie. Niektóre skubią trawę, inne podnoszą głowy do góry.




Spotkania z młodzieżą przekonały mnie, że nasze spojrzenia niejednokrotnie się nie pokrywają: na widzenie obrazu zbyt duży wpływ ma nasze doświadczenie, skojarzenia. Drugą zaskakującą mnie sprawą był fakt, że sami jako twórcy obrazów, powtarzamy utarte i znane z obrazów schematy. Myśląc o "twórcach" mam na myśli nie tylko tych, którzy chwytają za pędzel czy kredki. Popatrzcie na wykonywane przez was na co dzień zdjęcia, nawet te "ustrzelone" w pośpiechu smartfonami. Niektóre z nich wydają nam się lepsze, bardziej przemyślane, wykonane harmonijnie. Instynktownie potrafimy docenić ich piękno. Ku mojemu zaskoczeniu, do tych zdjęć zawsze byłam w stanie dopasować jakiś obraz przypominający mi kompozycję, nasycenie kolorów, ten sam rodzaj kontrastów. I tak rozpoczęła się moja osobista przygoda z fotografią: zaczęłam nie tylko malować, ale również "malować" za pomocą aparatu.




Powtarzałam emocje, znajomość złotego podziału, mocnego punktu w obrazie ułatwiały mi wybór kadru i przekazania informacji, nastroju, na którym mi zależało. Powoli stawałam się świadomym
twórcą obrazów a moje widzenia dzieł sztuki z każdym dniem stawało się coraz dokładniejsze, wrażliwsze, zaczęłam dostrzegać rzeczy, o których wcześniej nie miałam pojęcia.





Wśród fotografowanych przeze mnie motywów jest duża architektury i roślin - tu najczęściej odnajduję harmonię i inspirację. Ale pojawia się w kadrach również człowiek: on dopełnia całość kompozycji, nadaje jej charakter, staje się znaczącą częścią krajobrazu. Prezentowane obok zdjęcie wykorzystuje mocny punkt obrazu - postać jest umieszczona na 1/3 szerokości, amarantowy kolor butów stanowi dominantę kompozycyjną obrazu i sprawia, że dziewczyna wyróżnia się na tle gór, patrzymy głównie na nią. Bez tej plamy koloru całość byłaby prawie monochromatyczna, jednolita i uspakajająca. Przebierałam modelkę? Nic takiego ;) szukałam kadru wśród otaczającego mnie krajobrazu i świadomie wykorzystałam kontrast kolorystyczny.




I tak zrodziła się pasja. Z amatorki przeobraziłam się w półprofesjonalistkę (choć niektórzy twierdzą, że nie ma podziału na amatorów i profesjonalistów, są tylko świadome obrazy i przypadkowe nic nie znaczące kadry). Ostatnio nawet, dzięki niezwykłej promocji firmy@saal.digital.polska miałam okazję stać się autorem mojej pierwszej fotograficznej książki. Testowanie było darmowe - efekt zaskoczył mnie jakością i ... wzruszył. Zdjęcia wykonane są na profesjonalnym fotograficznym papierze, książkę złożyłam sama w prostym programie, który został mi przesłany.




 Nie korzystałam z szablonów - dzięki temu fotoksiążka zaprojektowana jest według mojego poczucia estetyki i tworzy harmonijną całość ze zdjęciami. Posiadanie własnego dzieła w wersji albumowej - bezcenne. A ja mam swoją pierwszą fotograficzna książkę. Pierwszą, ale nie ostatnią ;)


 


Skorzystajcie, sprawdźcie, a sami poczujecie się jak profesjonaliści. Ważne, żeby tworzyć i nigdy nie  przestać być ciekawym świata. Wiedza... przyjdzie do nas sama.







wtorek, 9 lutego 2016

Odkrywamy tajemnice starożytnego Egiptu

Tam są jakieś hieroglify...! Kto spróbuje je odczytać?
Zima za oknem, a Dział Edukacji przenosi się do gorącego Egiptu!


Czy chcielibyście zostać faraonem? Albo wielkim budowniczym piramid? Jest taki okres w życiu młodego człowieka, że każdy by chciał – wiemy to z doświadczenia. Na zajęciach "Odkrywamy Egipt" pan Marek opowiadał jak wyglądało życie w starożytnym Egipcie, jak budowano piramidy i do czego one właściwie służyły. Zastanawialiśmy się również czy Sfinks ma tyle lat, na ile wygląda oraz czym zajmowali się kapłani, jak traktowano koty oraz poznawaliśmy egipskie bóstwa (niektóre są naprawdę dziwne i specyficzne). Jednakże nie bylibyśmy prawdziwymi odkrywcami, gdybyśmy nie odkrywali czegoś niezwykłego. Po wykładzie przyszedł czas na zajęcia warsztatowe, w czasie których można było stworzyć swoją własną miniaturową piramidę Cheopsa, a także poczuć się jak prawdziwy badacz piramid i sprawdzić, co też kryło się we wnętrzu tych dziwnych budowli.


Piramida gotowa. A co znajdziemy w środku?
Tematem drugich zajęć było egipskie pismo, czyli hieroglify. Jak wyglądały? Do czego służyły? Kto i kiedy ich używał? I przede wszystkim, czy łatwo je odczytać? Odpowiedź na te pytania przyszła niedawno - niecałe 200 lat temu, w 1822 roku, pan Jean-François Champollion w końcu odczytał hieroglify za pomocą Kamienia z Rosetty. Dzięki temu potrafimy dziś odczytywać egipskie wiadomości, choć zdecydowanie nie jest to łatwe.



Nikt nie powiedział, że pisanie hieroglifami jest łatwe.
W czasie warsztatów spróbowaliśmy swoich sił w rysowaniu hieroglifów i bawiliśmy się w szyfrowanie wiadomości. W tym celu można było wykorzystać albo hieroglify, albo jeden z czterech dostępnych szyfrów, m.in. "Drabinki", "Czekolady" i "Karpat". Marszczyliśmy brwi i przygryzaliśmy koniuszki języków, ale opłacało się - nikt już nie odczyta naszych sekretów. (Prawdopodobnie.)

Przed nami trzecie zajęcia z cyklu egipskiego - Dział Edukacji razem z uczestnikami zajęć zamieni się w aktorów teatralnych i odegra na żywo komedię dell'arte. Gdzie jednak komedia dell'arte z drugiej połowy XVI wieku, a gdzie starożytny Egipt? Zapewne Arlekin maczał w tym palce, ale to się okaże w czasie przedstawienia.


Kto przegapił zajęcia ma szansę wziąć w nich jeszcze udział. W drugim tygodniu ferii zapraszamy wszystkie dzieci na zajęcia: 
  • Odkrywamy Egipt - Termin: 24 lutego 2016 (środa), godz. 11.30
  • Egipskie hieroglify - Termin: 26 lutego 2016 (piątek), godz. 11.30
Miejsce: gmach przy pl. Jana III Sobieskiego 2, Centrum Edukacji.

Tajna wiadomość. Ciekawe, czego dotyczy? Wszystkich, którzy
chcą wiedzieć, zapraszamy do MGB!
Koszt udziału w warsztatach wynosi 6 zł. Obowiązują zapisy (dwa tygodnie przed terminem zajęć), które prowadzi Dział Edukacji: tel. 32 281-82-94 w. 127.