piątek, 17 kwietnia 2020

Wielka wyprawa wilka Alana. O wędrowaniu w świecie przyrody

Lubicie podróżować? Wyjść z domu i pójść do parku, albo do dziadków, albo na lody? Albo jeszcze lepiej pojechać gdzieś daleko – nad morze, albo w góry? Na pewno tak. Podróżujemy, ponieważ to lubimy. Poznajemy wtedy nowe miejsca, nowych ludzi, uczymy się nowych rzeczy, ale przede wszystkim odpoczywamy i dobrze się bawimy. Ale są też i inne powody, dla których ludzie podróżują. Przede wszystkim większość z nas musi dojść lub dojechać z domu do szkoły lub pracy (bo przecież nie mieszkamy w tym samym miejscu, prawda?). Więc to również jest podróżowanie. A co z przeprowadzką? Z jakiegoś powodu przestajemy gdzieś mieszkać i przenosimy się w inne, nowe miejsce, czasem na drugim końcu tej samej ulicy, a czasem na drugim końcu kraju! Niektóry poznają przez internet miłość swojego życia i jadą daleko, daleko, żeby zamieszkać z tą drugą osobą w innym miejscu (często w pół drogi). To tylko kilka z różnych powodów, dla których ludzie podróżują. 


No dobrze, ale co ze zwierzętami? Czy one podróżują? Oczywiście! Tak samo jak my zwierzęta wędrują z miejsca na miejsce. Czasem robią to z powodu zmiany pór roku. Znacie bociany? Jesienią zbierają się razem i odlatują na zimę do ciepłych krajów, ponieważ w Polsce byłoby im za zimno i nie miałyby co jeść. Wracają do nas wiosną, żeby zbudować gniazda i razem z jakąś bocianicą wychować wspólnie pisklęta. Wiele zwierząt tak robi i jeśli się zastanowicie na pewno podacie kilka przykładów. Takie wędrowanie nazywamy MIGRACJĄ. Zdarza się, że migracja nie jest przyjemna i nie wynika z przyczyn naturalnych. Wyobraźcie sobie las, który nagle zostaje wycięty. Co teraz mają zrobić żyjące w tym lesie zwierzęta? Niestety nie pozostaje im nic innego, jak ruszyć przed siebie i poszukać nowego domu. Czasem szybko udaje im się znaleźć nowe miejsce do życia. Ale co się stanie, jeśli trafią po drodze na ogromną, szeroką i porywistą rzekę? Albo na wysokie, skaliste góry? Najczęściej nie są w stanie przejść tej przeszkody, dlatego takie miejsca nazywamy NATURALNYMI BARIERAMI. Oczywiście czasem się zdarza, że taką barierę przypadkiem stworzy człowiek – zwierzętom trudno jest przejść przez ludzkie miasto albo przez ruchliwą autostradę. One również, choć zostały stworzone przez nas, a nie przez naturę, uznawane są za bariery utrudniające zwierzętom migrację.

Ale zaraz, zaraz... A co z roślinami? Jak myślicie, czy one też mogą podróżować? Ostatecznie

nigdy nie widujemy drzew, które nagle wyjęły swoje korzenie z ziemi i sobie na nich gdzieś poszły! Ale wbrew pozorom rośliny również potrafią podróżować! Na pewno widzieliście kiedyś dmuchawca – pod małymi, białymi spadochronikami umieszczone są nasionka. Jeśli dmuchniemy albo zawieje wiatr nasionka lecą gdzieś w nieznane. Podobnie robią inne rośliny! Ich nasiona wczepiają się z zwierzęcą sierść (jak rzep na zdjęciu obok), albo przefruwają gdzieś na wietrze albo unoszą się na wodzie i w ten sposób wędrują bliżej, lub dalej, do nowego miejsca, gdzie zapuszczą kiedyś korzenie. 

Takie powolne wędrowanie zwierząt i roślin do nowego miejsca „zamieszkania” nazywamy EKSPANSJĄ. Często trwa to wiele, wiele lat i nie przynosi przyrodzie szkody. Jak to się dzieje? Możecie to sobie wyobrazić na dwa sposoby: 
  • Żeby zrozumieć ekspansję zwierząt możemy sobie wyobrazić wiewiórkę, które mieszka sobie na na skraju lasu i której rodzą się dzieci. Kiedy maluchy dorosną dalej będą żyły w tym samy lesie, ale przeniosą się trochę dalej od swojej mamy. Z czasem urodzą im się dzieci, które dorosną i znowu przeniosą się trochę dalej. I znowu. I znowu! W ten sposób po kilku latach wiewiórki będą mieszkały w całym lesie. Ale działo się to tak powoli, że prawie niezauważalnie.
  • Podobnie sytuacja ma się z drzewami i innymi roślinami. Wyobraźcie sobie dmuchawiec. Dmuchamy na niego i nasionka lecą 100 metrów dalej. Na wiosnę wykiełkują z nich nowe dmuchawce, które zdmuchniemy i znów ziarenka polecą 100 metrów dalej i zakiełkują w następnym roku. I znowu i znowu. I tak, po kilku latach cała łąka będzie pełna dmuchawców.
Ponieważ to stopniowe zajmowanie nowego terytorium (zarówno w przypadku naszej wiewiórki, jak i dmuchawca) trwa wiele, wiele lat, inne zwierzęta i rośliny mają czas, żeby się do tych nowych sąsiadów przyzwyczaić. Można powiedzieć, że poznają się z nimi, ustalają regulamin sąsiedzki i wypracowują wspólne kompromisy, żeby wszystkim żyło się przyjemnie. 

Ale niestety, nie zawsze w życiu jest tak fajnie i różowo... Znacie jakieś filmy o kosmitach? Na pewno. Co się dzieje w takich filmach? Najczęściej na Ziemię przylatuje wiele statków kosmicznych, na których jest dużo wrogich kosmitów, którzy wcale nie mają pokojowych zamiarów. Zaczynają walczyć z ludźmi, żeby się nas pozbyć i przejąć naszą planetę. W zależności od tego, kto kręci film to ziemianie wygrywają albo przegrywają, ale nie to jest teraz ważne. Istotne jest to, że taki napad nazywamy INWAZJĄ. Dlaczego o tym Wam opowiadam? Bo w świecie przyrody też się to zdarza! Może niekoniecznie jest tak, że do lasu przylatują nagle statki kosmiczne, ale inwazje w świecie przyrody jak najbardziej mają miejsce. Czasem w lesie (na łące, na mokradłach czy w jeszcze innym miejscu) pojawia się niespodziewanie nowe zwierzątko albo roślinka i zaczyna robić prawdziwą demolkę! Nikt nie wie, jak się powinien zachować, ani jak uspokoić nowego przybysza. Wyobraźcie sobie, że nagle ktoś obcy wyrzuca Was z Waszego własnego domu! Albo zjada wszystko, co macie w lodówce i spiżarni, nie zostawiając Wam ani okruszka! Okropne, prawda? Niestety tak właśnie zachowują się GATUNKI INWAZYJNE, czy zwierzęta i rośliny, które nagle, często w dużej ilości pojawiły się w nowym miejscu i próbują przejąć w nim władzę, krzywdząc inne rośliny i zwierzęta właśnie dlatego, że kradną im domy lub jedzenie.

Zrobiło się trochę smutno, więc spróbujmy się pobawić. Przed Wami kilka zwierząt i roślin. Jeśli macie drukarkę możecie je sobie wydrukować, ale możecie też zgadywać „na sucho”, po prostu patrząc na zdjęcia poniżej (możecie też przepisać ich nazwy na małe karteczki). Spróbujcie zgadnąć, czy dany stwór będzie gatunkiem ekspansyjnym czy inwazyjnym. Dla ułatwienia przyporządkujmy im kolory – kolor zielony będzie oznaczał łagodny gatunek ekspansyjny, który nikomu nie robi krzywdy swoim pojawieniem się w nowym środowisku. Kolor czerwony będzie oznaczał groźny gatunek inwazyjny, który nagle pojawia się w nowym miejscu i wprowadza straszny chaos. Kolor żółty będzie oznaczał, że jeszcze nie wiadomo, jak dane zwierzę (lub roślina) się zachowa. Żeby nikt nie oszukiwał możecie kłaść wydruki zdjęć na kartki danego koloru, albo przygotować tabelkę z trzema kolorami i wpisać nazwy do odpowiednich rubryk. Gotowi? No to zgadujemy!
biedronka azjatycka

szrotówek kasztanowcowiaczek
(dobre hasło do krzyżówki, prawd?)


zmierzchnica trupia główka
(brzmi groźnie...)


barszcz Sosnowskiego
(ogromny!)



nawłoć kanadyjska


bernikla kanadyjska


bażant



rak pręgowany



szakal złocisty


dziki królik

Przypisaliście już wszystkim powyższym zwierzętom i roślinom kolor zielony, czerwony albo żółty? Gotowi na wyniki? Uwaga, może być zaskakująco!
  • biedronka azjatycka – CZERWONA – Podobna jest do naszych rodzimych gatunków biedronek. Bardzo skuteczny z niej drapieżnik, jednakże potrafi skutecznie polować nie tylko na mszyce, ale również na nasze rodzime gatunki biedronek. Wytwarza też substancje ochronne, które mogą być dla człowieka alergiczne.
  • szrotówek kasztanowcowiaczek – CZERWONY – Na obrazku znacznie powiększony, w rzeczywistości ten owad jest mniej więcej wielkości połówki małego paznokcia. Larwy szrotówka żywią się liśćmi kasztanowców, sprawiając, że te stają się suche, poskręcane i opadają już w maju i czerwcu, a nie na jesieni. W dużej ilości mogą doprowadzić do śmierci drzewa. W warunkach naturalnych nie są w stanie przelecieć dużej odległości na swoich małych skrzydełkach, ale w przemieszczaniu się na duże odległości pomaga im człowiek, np. poprzez transport drogowy czy kolejowy. 
  • zmierzchnica trupia główka – ZIELONA – Ta ćma ma na tułowiu  charakterystyczny wzór przypominający czaszkę, dzięki któremu zawdzięcza swoją nazwę. Przylatuje do Polski w czasie ciepłych pór letnich i wyjada miód z uli, ale nie stanowi zagrożenia. Nie potrafi przezimować w naszych warunkach klimatycznych, więc nie zadomowi się u nas na stałe (można powiedzieć, że tylko przylatuje do nas czasem na wakacje).
  • barszcz Sosnowskiego – CZERWONY – Roślina z rodziny selerowatych, bardzo szybko rosnąca i niebezpieczna z powodu soku, który powoduje poważne opatrzenia. Jego wysokość, rozłożystość oraz gęstość kwiatów powoduje na łące zacienienia, przez co inne rośliny usychają i zostają stopniowo wyparte z naturalnego środowiska. Na ich miejsce pojawiają się natomiast kolejne barszcze. W efekcie dochodzi do powstania niebezpiecznego, trującego „barszczowego lasu”. 
  • nawłoć kanadyjska – CZERWONA – Gatunek rośliny wieloletniej, często spotykany w Polsce (łatwy do zauważenia szczególnie późnym latem). Ta roślina łatwo się rozrasta. Oznacza to, że inne rośliny rosnące w jej sąsiedztwie są wypierane i wymierają, a wraz z nimi giną owady i zwierzęta, które na nich mieszkały i się nimi żywiły, a dalej zwierzęta, które żywiły się wspomnianymi wcześniej owadami i zwierzętami. W efekcie powstaje wielka pustynia nawłoci, bez prawie żadnych innych roślin, owadów i zwierząt.
  • bernikla kanadyjska – ŻÓŁTA – Największa i najliczniej występująca gęś. Jej aktualna obecność w Polsce nie ma na razie wpływu na gatunki rodzime, ale potrzeba jeszcze kilku lat, żeby ustalić, czy nie będzie stanowiła szkody dla naszych rodzimych gęsi i kaczek.
  • bażant – ZIELONY – Kolorowy ptak pochodzący rdzennie z Azji. Na Śląsku najpierw trzymany był w wolierach, ostatecznie został wypuszczony na wolność 150-200 lat temu. Szybko znalazły swoje miejsce w ekosystemie zjadając ziarna i insekty, równocześnie stając się pokarmem takich drapieżników jak lisy czy ptaki drapieżne.
  • rak pręgowany – CZERWONY – Rak pochodzący z Pensylwanii (Ameryka). Sprowadzony do Europy sztuczne przez hodowców spowodował tzw. dżumę raczą. Okazało się, że jest nosicielem choroby, która atakuje raki błotne i królewskie, rdzennie żyjące w Europie. Spowodowały tym samym prawie całkowite wymarcie tych dwóch gatunków raków.
  • szakal złocisty – ŻÓŁTY, prawdopodobnie będzie ZIELONY – To gatunek drapieżnego ssaka z rodzaju wilków. Występuje w południowo-wschodniej Europie i południowej Azji. Do tej pory w Polsce odnotowano pojedyncze przypadki, jak na razie wszystko wskazuje na to, że nie jest groźny dla nowego środowiska.
  • dziki królik – ZIELONY ale również CZERWONY! - To roślinożerca, który szybko się rozmnaża. W naturalnym ekosystemie to zwierze jest zjadane przez liczne drapieżniki (lisy, wilki, sowy, jastrzębie itp.), które redukują liczbę królików w środowisku. Stąd kolor zielony. ALE 160 lat temu przywieziono do Australii 24 króliki i wypuszczono na wolność. Nie było tam żadnych drapieżników, które pilnowałyby, żeby królików nie było za dużo. 6 lat później upolowano 20 tysięcy tych zwierząt, a mimo to ich liczba wciąż rosła. Z powodu braku naturalnych wrogów zwierzęta szybko się rozmnożyły i wyjadły prawie całą florę w Australii. Stąd również kolor czerwony! (Popatrzcie poniżej, a od razu zrozumiecie!)



Uf, to już koniec. Za każdą trafioną odpowiedź przyznajcie sobie 1 punkt. Teraz możecie zliczyć ile punktów udało Wam się zdobyć. I co? Jak Wam poszło?

Mamy dla Was jeszcze jedną zabawę, w sam raz na kwarantannę i siedzenie w domu. Tym razem przyda Wam się drukarka, kostka do gry i pionki. No i oczywiście drugi gracz (gra minimum dla dwóch osób). Wydrukujcie planszę do gry oraz tablicę z opisem pól.

Gra pozwoli Wam poznać niezwykłego podróżnika, wilka o imieniu Alan. W 2009 roku nasz wilk został złapany przez niemieckich naukowców, którzy nałożyli mu obrożę GPS i wypuścili na wolność. W ten sposób mogli obserwować na komputerach, dokąd Alan pójdzie Okazało się, że Alan rozpoczął wielką wędrówkę i w ciągu niecałego pół roku odwiedził aż cztery kraje, przepłynął aż dwie wielkie rzeki (Odrę i Wisłę), pokonał kilka naprawdę ruchliwych dróg (między innymi ogrodzoną autostradę A1) i samotnie przebył ponad 1500 kilometrów!  To pokazuje jak daleko potrafią przemieszczać się migrujące zwierzęta! Jeśli chcecie poznać trasę jego wędrówki zagrajcie w naszą grę! Sami zobaczycie, jak długa była jego droga do nowego domu. 



Gra planszowa: Muzeum Górnośląskie w Bytomiu
Zdjęcia zwierząt i roślin: baza grafik Google

sobota, 11 kwietnia 2020

Oto jest Wielkanoc!

Otóż to! Cóż prostszego! Każdy z nas przecież wie, co robi się podczas świątecznych dni – kultywujemy tradycje stare jak świat. Co roku te same obrzędy i zwyczaje – czy to wąsko potraktowane – nasze rodzinne, wewnętrzne tradycje, czy szerzej – te wynikające z nakazów religijnych czy kultury regionu. Kultura i składające się na nią tradycję ulegają jednak przemianom, a te związane są najczęściej ze zmieniającymi się warunkami życia czy sposobami myślenia. W warunkach ludowych, czas przypadający na Święta Wielkanocne związany były z całym szeregiem wierzeń i zwyczajów, często wywodzących się jeszcze z pogańskich wierzeń, które kościół musiał zaadaptować nie mogąc z nimi skutecznie walczyć. Wciąż pozostajemy więc w kręgu zabiegów związanych z odradzaniem się przyrody i działaniem na rzecz tego odrodzenia oraz obfitego rodzenia w przyszłości. Jak więc to świętowanie wyglądało?

Po zakończonym, bardzo długim okresie postu,  przygotowań, oczyszczania domostwa i okolicy, nadchodziła wreszcie Niedziela Wielkanocna, która była dniem odpoczynku, uroczystego świętowania oraz obfitego spożywania. Ten pierwszy ze świątecznych dni był bardzo poważny. Ludność wiejska pozostawała w swoich domach, w ścisłym gronie rodzinnym – nikogo się nie odwiedzało, ani nie zapraszało. Dziś jesteśmy przyzwyczajeni do świątecznej „zadyszki”, kiedy to w dwa dni musimy odwiedzić szereg ciotek, babek, chrzestnych i pociotków u każdego konsumując „chociaż babeczki kawałeczek”, możemy zatem docenić mądrość ludową, która nakazywała siedzieć we własnym domu. Wynikało to często też z faktu, że w wiejskich gospodarstwach mieszkały wielopokoleniowe rodziny z pokaźnymi gromadkami dzieci, co zapewniało całkiem liczne towarzystwo do świętowania i nie pozostawiało zbyt wielu punktów na mapie ewentualnych odwiedzin.

Ciekawym wierzeniem pojawiającym się w niektórych regionach, było przekonanie o tym, że w Niedzielę Wielkanocną na tarczy wschodzącego słońca ujrzeć można zmartwychwstającego Zbawiciela – dlatego też wstawano wcześnie, żeby jeszcze przed udaniem się do kościoła, na pobliskich wzgórzach obserwować wschodzące słońce. Można dopatrzyć się w tym pozostałości kultu solarnego. Najważniejszym momentem  była oczywiście poranna rezurekcja (chociaż w niektórych miejscowościach odbywała się ona w sobotni wieczór – wtedy po powrocie, już w sobotę spożywano uroczystą kolację), po której, w wyścigu furmanek z kościoła do domu, można było „załatwić” sobie ukończenie żniw w najkrótszym czasie. Nie od razu jednak rozpoczynano wielkanocne śniadanie. Gdzieniegdzie, głównie na Opolszczyźnie, ale też między innymi w mieście Bytom, znany był zwyczaj dzielenia się jajkiem, które posiadało wiele magicznych właściwości. Miał on na celu zapewnienie zdrowia i ochrony przed złem wszystkim biorącym w nim udział, a formuła „Jakbyś się straciół, to se ino przypomnij z kim żeś to we Wielkanoc jajkiem się dzielił” miała na celu zachowanie bliskości i spoistości rodziny. Zjadano także nieco chrzanu na pamiątkę męki Chrystusa. Dopiero teraz można było zasiąść do uroczystego śniadania.  Na stole znajdowały się  jajka, chleb, sól, wędzonka, wędliny oraz ciasta – strucle i babki. Typowo wielkanocną potrawą (chociaż głównie w okolicach Cieszyna), były tzw. szołdry (murzyny), czyli kiełbasa zapiekana w białym cieście. Każdy z domowników dostawał swoją szołdrę, którą napoczynano. Z wyjątkiem  sytuacji, w której, dziewczyna zolyciła z jakimś chłopakiem, wtedy czekała do śmiergustu, żeby to ukochany napoczął jej szołdra.

Tak, jak zaznaczaliśmy w poprzednim artykule, dawniej wszystkie potrawy spożywanie podczas wielkanocnego śniadania musiały być poświęcone. A ze spożywaniem święconego związane są oczywiście ścisłe restrykcje. Należało spożyć wszystko – co do okruszynki, gdyż święcone w żadnym wypadku nie może się „poniewierać”, czyli nie można go wyrzucić. Skorupki święconych jaj, musiały zatem zostać zakopane  w ogródku – także po to, żeby wszystko lepiej rosło lub dawano je kurom „aby dobrze niosły”. Również innym zwierzętom do paszy dodawano resztki śniadania lub ciasta.

Po południu dzieci wybierały się na tzw. szukanie zajączka, a dokładniej gniazd zajączka. Zwyczaj ten,  był prawdopodobnie pochodzenia niemieckiego. Rodzice wcześniej ukrywali  w ogródku, na łące lub w pobliskim lesie gniazdka, które zawierały malowane jajka i łakocie, zadaniem dzieci było jedynie odnaleźć te „słodkie pakieciki”. Zwyczaj przynoszenia słodyczy przez zajączka jest bardzo popularny do dzisiaj, z przyczyn obiektywnych jednak, życie w mieście nie sprzyja ukrywaniu tych słodkich koszyczków na podwórkach wśród blokowisk.

Poniedziałek Wielkanocny, czyli czas wyjść do ludzi!

Poniedziałek był dniem o zdecydowanie odmiennym charakterze. Praktykowano cały szereg zabaw i zwyczajów, które były okazją do spotkań towarzyskich, wesołej zabawy, a nawet zupełnie oficjalnych zolyt!
Młodzi chłopcy i dorośli mężczyźni  spotykali się w tym dniu na jakimś pochyłym terenie, żeby kulać jajca z górki. Jak sama nazwa wskazuje, zabawa polegała na staczaniu kroszonek z górki (w przypadku braku górki używano deski), tak żeby trafić do wgłębienia w ziemi, tzw. ducki. Właściciel jajka, które trafiło do ducki zgarniał wszystkie jajka, które potoczyły się  w innym kierunku. Podobnie, jeśli ustalano wyścigową wersję zabawy, w której jajka „puszczano” jednocześnie i wygrywało to, które pierwsze „dokulało” się do mety.

Inną zabawą z użyciem wielkanocnych malowanych jajek, była gra na wybitki, polegająca zderzaniu  kroszonek. Uczestnicy stawali naprzeciwko siebie, a każdy z nich trzymał w dłoni własną kroszonkę, na dany sygnał uderzali nimi o siebie, w wyniku czego jedna kończyła tę konkurencję z popękaną skorupką. Wygrywała oczywiście ta (a właściwie ten – właściciel), która z tego zderzenia wyszła bez szwanku. Nie była to jednak gra powszechnie znana na Śląsku, prawdopodobnie została „sprowadzona” na Śląsk przez repatriantów i osadników z Polski.

Poważniejszym zwyczajem, o zdecydowanie agrarnym charakterze było objeżdżanie pól na koniach przez gospodarzy. Zwyczaj ten przybierał różne formy w zależności od wsi. Owe „procesje konne” miały na celu, przede wszystkim, zapewnienie dobrego urodzaju. Uczestnicy procesji kierowali się po zakończonym objeździe kierowali się do kościoła, gdzie byli przyjmowani przez proboszcza, który udzielał im błogosławieństwa. Była to też okazja do poznania granic wsi i poszczególnych pól. Wtedy to gospodarze dwóch sąsiadujących wsi objeżdżali włości – każdy ze swą procesją, a na granicy spotykali się i wymieniali krzyże oraz chorągwie kościelne. Zdarzało się, że po zakończeniu pochodu odbywały się wyścigi konne pomiędzy uczestnikami. W niektórych wsiach pochód rozpoczynał się od błogosławieństwa w kościele, po czym objechawszy pola, wracano do kościoła na nabożeństwo.


Najbardziej znaną wielkanocną zabawą jest  zdecydowanie Śmigus-Dyngus, inaczej zwany także Śmiergustem,  który czynił z Wielkanocnego Poniedziałku „najmokrzejszy i najradośniejszy dzień w całym roku”. Zwyczajowo oblewano w ten dzień wodą kobiety, a przede wszystkim niezamężne dziewczęta. Badacze dopatrują się początków tego obrzędu jeszcze w czasach pogańskich, kiedy był elementem dawnego święta agrarnego – obrzędowe polewanie, rozpryskiwanie wody ma zdecydowanie związki z działaniem wegetacyjnym pobudzającym przyrodę, nie mówiąc już o tym, że woda polewa się kobiety, czyli siły rodzące.

Charakter i przebieg tego obrzędu na śląskich wsiach najlepiej tłumaczy jego nazwa: śmigus czyli uderzanie gałązką wierzbową i oblewanie wodą oraz dyngować to znaczy: otrzymywać wykup. I dokładnie z tych dwóch elementów składał się ten zwyczaj: mężczyźni polewali dziouchy wodą, a następnie suszyli  je czyli chłostali wierzbowymi lub brzozowymi gałązkami splecionymi w tzw. karwacze czy baciki. Polewający (śmierguśnicy) obdarowywani byli przede wszystkim kroszonkami, był to wręcz obowiązek, a chłopak, który nie dostał kroszonki za polewanie, miał prawo czuć się śmiertelnie obrażony. Czasami zapraszano ich do izby na wódkę i kołocza, a wtedy chłopcy oddawali swoje rózgi wybranym dziewczętom (okolice Cieszyna, Beskid Śląski). Wizyta śmierguśników, była właśnie tym momentem, kiedy zolytnicy dostawali od swoich dziewcząt murzyny do napoczęcia. Była to też wyśmienita okazja do rozpoczęcia zolyt, przez okazanie wybranej dziewczynie sympatii w postaci przesadnego oblania wodą. Można też powiedzieć, że stanowił swego rodzaju ocenę moralną ludzi, gdyż pominięcie jakiegoś domu przez dynguśników, było jasnym sygnałem , że jego mieszkańcy z jakiegoś powodu nie są uznawani czy szanowani przez wiejską społeczność. W wielu miejscach na Śląsku przypisywano śmiergustowym zabawom również głębsze, magiczne znaczenie i  traktowano jak zabieg gwarantujący szczęście i zdrowie: każda dziewczyna, która została polana wodą i wysuszona karwaczem miała  nie tylko cieszyć się dobrym zdrowiem, ale także w ciągu roku wyjść za mąż. Tu należy jednak wspomnieć, że ta wiara często owocowała z wręcz odwrotnym skutkiem, ponieważ znane są przypadki ciężkich chorób a nawet zgonów, dziewcząt, które zbyt obficie oblane zostały zimną wodą w marcowy lub kwietniowy poranek. Z tego też powodu, zwyczaj z czasem łagodniał, a nawet przybierał formę symbolicznego polania dziewczyny perfumami – która to forma częściej występowała w miastach.


Z dyngusem ściśle wiąże się także staropolski zwyczaj chodzenia z kokotkiem (zwanym też kurem dyngusowym), dobrze znany również na Górnym Śląsku. Polegał on na obwożeniu od domu do domu, koguta umieszczonego na wózeczku – najczęściej wykonany był on z drewna i oblepiony pierzem. Na wózeczku, na obrotowej tarczy często umieszczone były także figurki przedstawiające tancerzy i tańczące pary. W niektórych wsiach jednak kokotka, noszono na rękach.  Śpiewano przy tym pieśni dyngusowe lub nawiązujące do męki Chrystusa.
Chodzenie od zagrody do zagrody wiązało się oczywiście ze zbieraniem datków w postaci kroszonek lub drobnych sum pieniężnych. Pierwotnym sensem tego zwyczaju było, jak w wielu innych przypadkach, przywoływanie i witanie wiosny. Nikt już jednak nie pamięta tego sensu, a i sam zwyczaj odchodzi w zapomnienie. Wegetacyjny charakter obrzędowości wiosennej przestał mieć takie znaczenie, przyszłe urodzaje (być może niesłuszne), nie zaprzątają już naszych głów – a ci, którym zaprzątają ograniczyli się do racjonalnych metod wpływania człowieka na przyrodę. Niektóre z tych obrzędów trwają jedynie dlatego, że zostały wchłonięte przez obrzędowość kościelną – w formie zmodyfikowanej, skromniejszej i najczęściej pustej. Czasami warto jednak wiedzieć, dlaczego w ramach tradycji, „od zawsze” robimy to, co robimy.



Co w trawie piszczy? Część 3


Co ma wspólnego boks, kotlina i niewidzialność czyli trochę o zającach


Wiosna to czas parkotów zajęcy, czyli łączenia się w pary. Parkoty zaczynają się na przełomie stycznia i lutego (w zależności od pogody) i trwają aż do sierpnia, dlatego możemy obserwować je już teraz (chociaż najintensywniejszy okres parkotów przypadnie na maj i czerwiec). Jest to czas wyjątkowy, ponieważ zające to samotnicy żyjący pojedynczo. Jedyny okres, kiedy możemy zobaczyć je razem, to właśnie parkoty. Jak odbywają się zaloty?
Samce prowadzą zażarte bójki, podobne nieco do boksowania, skacząc na swoich konkurentów, bijąc ich przednimi łapami oraz dotkliwie drapiąc. Nierzadko kończy się to rozerwanym, krwawiącym uchem, podrapanym pyszczkiem oraz wyrwanymi kępkami futra. Ponieważ w tym okresie za jedną samiczką potrafi się uganiać kilku samców, pojedynkom nie ma końca! Kiedy boks się kończy, zające zaczynają gonić się po polach w tak zwanych „gonitwach weselnych” - wygrywa oczywiście najszybszy i najbardziej wytrzymały zając. Ponieważ gonitwy i walki odbywają się zarówno w nocy, jak i w dzień, a ponadto zające zapominają o ostrożności, z łatwością możemy wszystko obserwować nawet z niedużej odległości. Niestety, wszystko dzieje się tak szybko, że zobaczymy jedynie zarys walki – pojedyncze ciosy umykają ludzkiemu oku, chyba że użyjemy aparatu albo nakręcimy film, który później spowolnimy podczas oglądania. Wtedy jest szansa, że będziemy mogli dokładniej się przyjrzeć. 

Po krótkiej ciąży (około półtora miesiąca), mama zajęczyca rodzi od dwóch do czterech małych zajączków. Co ciekawe, mama nie szykuje na czas porodu żadnej nory an gniazda, tylko rodzi zajączki pod krzakiem, w trawach albo w rowie. Dlaczego? Otóż dorosłe zające nigdy nie mieszkają w norach. Pragnąc ukryć się przed nieprzyjaciółmi, chowają się jednej  ze swoich  kotlin, w zależności od pogody i kierunku wiatru. Kotlina to specjalnie wykopane do tego celu wgłębienie w ziemi albo przypadkowo napotkany dołek, w której zając, leżąc, jest najczęściej do połowy zasłonięty
przed wścibskimi oczami oraz złą pogodą. Czy zając nie boi się, że coś może go zaatakować? Nie. Za pomocą swojego słuchu, wzroku i węchu bez problemu jest w stanie wychwycić pierwsze oznaki niebezpieczeństwa. Do tego jego futro składa się z różnych odcieni brązów i szarości, sprawiając, że wtapia się w tło – patrząc z daleka trudno dostrzec zająca, zwłaszcza jeśli ten siedzi nieruchomo. Jeśli natomiast jest zmuszony do ucieczki, wykorzystuje swoje silne, umięśnione i długie nogi. Wiedzieliście, że zające potrafią osiągnąć prędkość nawet 60 kilometrów na godzinę? No dobrze, wiemy już co pozwala przetrwać dorosłemu zającowi. Jak jednak dają sobie radę małe zajączki? Co może zaskakiwać, maluchy od razu po porodzie są owłosione, mają otwarte oczy oraz działające uszy, a nawet potrafią się samodzielnie przemieszczać. Dlatego nie potrzebują dodatkowego schronienia, w którym dorosną na tyle, by dać sobie radę samodzielnie (tak jak na przykład dzikie króliki, które rodzą się nagie, ślepe i głuche, dlatego mama pilnuje ich w norze, dopóki troszkę nie podrosną). Do tego mama-zajęczyca stosuje nietypową strategię – zostawia swoje dzieci gdzieś w trawach lub pod krzakiem, przychodząc raz na jakiś czas, by je nakarmić mlekiem. Może wydawać się nam to okrutne lub nieodpowiedzialne, ale mama-zajęczyca dobrze wie, co robi. Duży, skaczący zając jest łatwiejszy do zauważenia, niż mała puchata kuleczka, siedząca nieruchomo wśród traw. Dlatego mama zostawia zajączki same, by nie ściągać na nie uwagi drapieżników. Rzadko się zdarza, by jakieś duże, mięsożerne zwierzę natknęło się na małe zające, częściej dotyczy to nas, ludzi – nawet Wy w czasie wędrówek po polach i łąkach możecie się natknąć na małe „porzucone” zajączki. Często robi się nam ich żal i zabieramy je do domu, myśląc, że nie mają nikogo, kto by się nimi zaopiekował. Nic bardziej mylnego! Co więcej, nawet zwykłe dotknięcie i pogłaskanie małego zajączka może mieć katastrofalne skutki! Małe zające nie posiadają własnego zapachu, co pozwala im skutecznie ukrywać się przez drapieżnikami. Jeśli jednak zostaną pogłaskane, tracą swoją „niewidzialność”. Również mama-zając nie będzie chciała więcej karmić takiego pachnącego malucha. Dlatego tak ważne jest, by nigdy nie dotykać małych, leśnych oraz polnych zwierzątek.


Fot. Witalis Szołtys

wtorek, 7 kwietnia 2020

Agrarna magia Świąt, czyli zaczynamy Wielki Tydzień.

Święta Wielkanocne - wbrew temu, co może nam się wydawać, kiedy od października obserwujemy objawy świątecznej atmosfery zmierzającej do Świąt Bożego Narodzenia - od zawsze były zdecydowanie istotniejsze. Poprzedzone intensywnymi przygotowaniami, Postem oraz niezliczonymi epizodami zaklinania przyrody. Zresztą narodziny i urodziny, to rzecz którą warto świętować i każdy z nas to robi, jednak Zmartwychwstanie, to wydarzenie nie do podrobienia. Święta Wielkiej Nocy na śląskiej wsi celebrowały jednak powrót do życia dużo szerzej – symbolika jajka jako początku nowego życia nie dotyczyła jedynie zmartwychwstającego Chrystusa, ale także odradzającej się przyrody (co również było zagadnieniem dużo bardziej istotnym niż bożonarodzeniowy środek zimy), a elementy magii agrarnej towarzyszyły, przeplatały czy nawet były wspierane przez religijne praktyki. Właśnie na te aspekty świętowania chcemy zwrócić uwagę w kolejnych artykułach, dotyczących tego czasu na Górnym Śląsku.

Dni świąteczne w kulturze mają to do siebie, że w sposób najtrwalszy przechowują i przekazują tradycję, gwarantując poczucie tożsamości w grupie, ponieważ rzeczywiście, dni te naznaczone są tożsamością czy może takożsamością zachowań wszystkich ludzi, co znaczy mniej więcej tyle, że w dni takie wszyscy wiedzą co należy robić i to robią, co z kolei oznacza, że wszyscy robią mniej więcej to samo. Na śląskiej wsi przeżywanie poszczególnych obrzędów wielkotygodniowych miało charakter grupowy – społeczny, nie prywatny, jak to ma miejsce współcześnie, kiedy nasze obrzędy zamykamy w czterech ścianach naszych domów. Mieliśmy do czynienia z szeregiem praktyk, które angażowały całą społeczność lub jej większą część. Wielki Tydzień był czasem najintensywniejszych przygotowań, a z każdym jego dniem wiązał się szereg ściśle określonych praktyk.

Wielka Środa

Inaczej zwana była Żurową strzodą, ponieważ w dniu tym na Śląsku palono żur. Jest to bardzo dawny zwyczaj, który polegał na podpalaniu skrobaczek, czyli starych, zużytych mioteł nasyconych smołą lub oblanych żywicą. Z płonącymi miotłami biegano po polach jak z pochodniami. Biegając, co chwila uderzano nimi o ziemię, wykrzykując:

„żur palę, buchty chwalę”
„żur pola, buchty chwola, co krok to snop”
 „żur pola, co krok to snop, co stopa to kopa”
„żur pola, co by zboże rosło”


W obrzędzie tym uczestniczyli najczęściej młodzi ludzie – głównie chłopcy, czasem też dziewczęta. W niektórych wsiach zapalano także słomiane wiechcie na wysokich żerdziach lub duże ogniska z wszelkich resztek na granicach pól i dopiero od tego ogniska młodzież odpalała stare miotły. Jest to interesujący zwyczaj, dzisiaj już niemal nieistniejący, który, mimo okresu Postu, często przybierał formę wesołej zabawy z pieczeniem ziemniaków i skokami przez ognisko oraz samotnymi spacerami zakochanych par. Interwencja władz kościelnych w ludowy obrzęd sprawiła, że w niektórych wsiach przybrał on formę procesji ze światłami, która była interpretowana jako „szukanie Jezusa w Ogrójcu” również w formie „biegającej”  upamiętniającej scenę poszukiwania Chrystusa przez Żydów, chcących go pojmać. Pierwotne znaczenie obyczaju ma jednak związek z magicznymi praktykami mającymi zapewnić urodzaj oraz pozbywaniem się i niszczeniem wszelkiego zła, niedostatku i robactwa w postaci obrzędowego spalenia śmieci na granicy pól.

Innym, praktykowanym gdzieniegdzie zwyczajem było palenie lub wypędzanie Judasza „(…) po psalmach recytowanych po południu w kościele, młodzież, a raczej młodzi chłopcy, urządzają przy pomocy piszczałek i taczek ogromny hałas, co ma symbolizować trzęsienie ziemi podczas śmierci Chrystusa. W dawniejszych czasach kościelny, ubrany w czerwoną kamizelkę, udawał Judasza, którego wśród hałasu wypędzano z kościoła” . W innej wersji obrzędu na polu spalano słomianą kukłę, która przedstawiać miała Judasza. Można się tutaj dopatrzyć mechanizmu, który towarzyszy także paleniu Marzanny czy żuru – zło i to, co zło symbolizuje musi zostać przede wszystkim wygnane (wyniesione) ze wsi oraz spalone, żeby mogła ona zostać z niego oczyszczona. Spalone „resztki” Judasza rozsypywano na polach na urodzaj lub zabierano do domu dla ochrony przed piorunami.

Wielki Czwartek

W tym dniu na wsiach pojawiały się pochody chłopców z klekotkami, klepaczkami czyli drewnianymi kołatkami, które były znakiem żałoby, zdrady Judasza i mającej się wkrótce rozpocząć męki Chrystusa. W tym czasie radosny i donośny dźwięk kościelnych dzwonów był niedopuszczalny, a według relacji ludu śląskiego same dzwony udawały się do Rzymu, gdzie pozostawały związane w wieży i miały tam pozostać aż do Wielkanocy. Chłopcy chodzący z klekotkami, do każdego domostwa zanosili wieść o żałobie i ustaniu radości, z tego powodu czasem obdarowywani byli skromnymi datkami.



Klekotanie miało też na celu odstraszenie wszelkiego zła od wsi i domostw, ponieważ wierzono, że właśnie w tym czasie, czarownice były najbardziej aktywne „zbierając pożytek z pól”, czy odbierając mleko krowom. Był to też czas kiedy urządzały swoje kiermasze i istniało największe niebezpieczeństwo „oberwania” jakimś urokiem. Utarło się nawet powiedzenie „bez uroku”, które należało dodać za każdym razem, gdy wypowiadano jakiekolwiek pochwały w tym czasie. Samemu natomiast uprawiano różnego rodzaju zabiegi magiczne, które miały na celu np. przepędzenie kretów, czy zapewnienie obfitych opadów deszczu. Żeby zapewnić sobie zdrowie należało natrzeć nogi popiołem lub wysmarować tłuszczem, natomiast na urodzaj pomagało okadzanie pól dymem z palonego spróchniałego drewna oraz obsypanie ich popiołem. Bardzo starym zabiegiem magicznym wykonywanym w zależności od miejscowości, w Wielki Czwartek lub w Wielką Sobotę było potrząsanie drzewkami owocowymi, co miało oczywiście zapewnić urodzaj owoców. W Wielki Czwartek należało go wykonać bezpośrednio przed zawiązaniem dzwonów.

Wielki Piątek

Dzień ten zaczynał się bardzo wcześnie i był szczelnie wypełniony obrzędami, z których pierwszym było obrzędowe obmywanie się w rzece lub w strumyku. Celem tego zabiegu było zapewnienie sobie zdrowia, a także urody i „szwarności” na cały rok. Żeby jednak był skuteczny, należało ściśle przestrzegać określonych reguł: obmycie musiało mieć miejsce przed wschodem słońca, w wodzie płynącej z zachodu na wschód i w całkowitym milczeniu, woda na ciele powinna wyschnąć sama, a po zakończeniu obmywania należało odmówić modlitwę z twarzą zwrócona ku wschodzącemu słońcu. Po powrocie do domu pito „kieliszek tatarczówki na chroboka”, który był także pamiątką męki Chrystusa, kiedy to Żydzi poili go octem, a to dlatego, że do wypicia tatarczówki trzeba było się „przemóc” ze względu na jej ostry i gorzki smak. Kieliszek wódki w Wielki Piątek miał też na celu ochronę przed bólami żołądka i był zdecydowanie zalecany – paradoksalnie, kto nie wypił kieliszka w Wielki Piątek, miał być pijakiem przez cały rok.

Innym dobrze znanym zwyczajem było zatykanie w tym dniu na polach, w chlewach i na strychach krzyżyków wykonanych z poświęconej palmy wielkanocnej – miały chronić przed gradobiciem, szkodnikami i innymi klęskami, które mogły by zagrozić plonom. W niektórych wsiach stawiano je jedynie w tzw. „pustych godzinach”, czyli w czasie kiedy Chrystus został już zdjęty z krzyża.
Innym sposobem ochrony gospodarstwa – tym razem przed złymi mocami – była praktyka rysowania kredą trzech krzyżyków na wszystkich drzwiach, natomiast żeby ochronić się przed bardziej pospolitymi, ziemskimi złodziejami, należało obejść trzy razy dom dookoła i zmówić Ojcze nasz i Zdrowaś Mario – każde po pięć razy. Te i wiele innych praktykowanych w różnych miejscach regionu magicznych zabiegów, miało przede wszystkim sens wegetacyjny oraz ochronny - zmierzały do zapewnienia sobie, bliskim i domostwu bezpieczeństwa, zdrowia i dobrobytu.


Wielka Sobota

Również zwyczaje wielkosobotnie mają synkretyczny charakter. Święcenie ognia, jako światła Chrystusowego, ma swe podłoże w zdecydowanie poprzedzających Chrystusa obrzędach związanych z wiarą w moc ognia jako środka odstraszającego złe moce, symbolizującego oczyszczenie. Również kult wody niezbędnej do wegetacji i urodzaju powszechny był od czasów pogańskich. Te dwa żywioły stanowią ważny element chrześcijańskich obrzędów Wielkiej Soboty. Do dzisiaj  nabożeństwo zaczyna się  rozpalenia i poświęcenia ognia na placu przed kościołem, dawniej jednak zabierano ten poświęcony ogień do domu w postaci opalonego kawałka drewna. W tym dniu święci się także wodę. Dawniej powszechne było posiadanie święconej wody w domu oraz częste używanie jej przy różnych okazjach – głównie w celach leczniczych, oczyszczających oraz przy zabiegach związanych z narodzinami, śmiercią czy przy błogosławieństwach weselnych. W niektórych regionach wypijało się łyk takiej „świeżo poświęconej” wody dla zapewnienia sobie dobrego zdrowia.

Do dziś praktykowanym obyczajem jest oczywiście, znany już od średniowiecza zwyczaj święcenia pokarmów, na które składały się najczęściej: jaja, chleb, sól, ser, masło, szynka, chrzan, kiełbasy i ciasta. Co istotne, był to zwyczaj praktykowany jedynie przez polską ludność na Górnym Śląsku – ludność niemiecka nie święciła pokarmów Wielką Sobotę. Obecnie koszyczki są niewielkie i zawierają symboliczne ilości pokarmów oraz słodkie dodatki w postaci baranków czy zajączków z cukru lub czekolady. Dawniej natomiast, w związku z przekonaniem, że wszystkie spożywane podczas świątecznych dni pokarmy powinny być poświęcone, kosz bywał bardzo pokaźny i zdarzało się, że do kościoła musiały nieść go dwie osoby. Zdarzało się też, że księża przybywali do gospodarstw osobiście i święcili pokarmy bezpośrednio w domach, za co dostawali „ofiarę” w postaci jajek.

Sobota poświęcona była więc także przygotowywaniu kroszonek, pieczywa i innych składników, które miały składać się na święcone. Najważniejszym z nich były oczywiście jajka, a sztuka ich zdobienia znana była już w IX wieku. Bardzo bogate jest też spektrum wierzeń i praktyk związanych z jajkami: jest to symbol życia w zarodku, uosobienie energii życiowej, używane często do odczyniania uroków czy w magii związanej z kultem zmarłych. Później te magiczne właściwości i funkcje uległy zatarciu, ale ich pozostałości możemy dostrzec np. w zwyczaju zakopywania skorupek poświęconych jajek w dniu pierwszego wypasu bydła, żeby krowy obficie dawały mleko czy dzielenie się jajkiem, aby ochronić się przed wszelkim złem i „utrzymać spoistość rodziny”. Jajka wielkanocne były nie tylko poświęcone, ale także pięknie ozdobione przy pomocy specjalnych sposobów barwienia i technik zdobniczych, o których teraz co nieco powiemy, zachęcając do wypróbowania ich w domu:

Technika batikowa inaczej zwana woskową polegała na zdobienia jajka przy pomocy płynnego wosku. Blaszanym lejkiem lub główką szpilki maczaną w wosku, przed ufarbowaniem pokrywano jajka woskowymi geometrycznymi liniami. Następnie farbowano jajka w wywarze sporządzanym przy pomocy naturalnych barwników, takich jak łupiny cebuli, pędy młodej pszenicy lub żyta, kora dębu itp. Po starciu wosku, na jajku pozostaje nieufarbowany wzór.

Technika rytownicza polegała natomiast na wyskrobywaniu ornamentu (najczęściej roślinnego) czy nawet świątecznych lub miłosnych wierszyków, przy pomocy ostrego narzędzia na zabarwionej skorupce.

Zdarzało się, że techniki te były łączone. Według badaczy, śląskie kroszonki, stały na bardzo wysokim technicznym i artystycznym poziomie. Nic dziwnego, że ich wykonawcom, a częściej jednak wykonawczyniom zależało na wyjątkowo ozdobnych kroszonkach – były one przede wszystkim darem.

Przygotowania w Wielka Sobotę szły pełną parą – oprócz zdobienia kroszonek, przygotowywania święconego, piekło się także babki, kołocze, buchty i baranki oraz wykonywano całą masę magicznych zabiegów, m.in.: pobudzano drzewa do owocowania przez potrząsanie nimi gdy w kościele ponownie zabrzmiały dzwony, a tym które nie owocowały w zeszłym roku grożono ścięciem i odgrywano spektakl ocalenia, dając im tym sposobem „ostatnią szansę”. Ruszano też ulami, aby pszczoły dawały dużo miodu oraz sadzono głąby korzeniami do góry, aby uchronić jarzyny przed robakami.
Chłopcy natomiast przygotowywali się do śmiergustu sporządzając sikawki oraz karwacze z wierzbowych witek. A do czego były używane… to już w następnym odcinku.


poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Co w trawie piszczy? Część 2

Co ma wspólnego kupka ziemi, dżdżownica i oczy, które nie widzą, czyli słów kilka o krecie



Kiedy robi się ciepło okoliczne pola i nasze przydomowe ogródki często stają się ofiarą kreciej działalności – świadczą o tym świeże kopce. Czy zastanawialiście się jednak kiedyś, jak naprawdę wygląda krecia nora? Kopiec, który widzimy na powierzchni to tylko jeden z kilku elementów składających się na krecie domostwo.
Zacznijmy od tego, że krety to fenomenalni podziemni kopacze, ale mają swoje preferencje. Kopią tam, gdzie pozwala im na to ziemia – gleba nie może być zbyt twarda (najbardziej lubią gleby żyzne i wilgotne), nie może być zbyt dużo korzeni i innych przeszkód, no i przede wszystkim musi być tam wystarczająco dużo jedzenia. Jeśli miejsce spełni te trzy warunki, wtedy kret się tam zadomowi, bez względu na to, czy to pole, łąka, pole golfowe czy nasz przydomowy ogródek.
Gdy kret kopie (norę, korytarz albo coś innego) wtedy w miejscach, gdzie korzenie roślin tego zbytnio nie utrudniają, powstają kretowiska. Idąc na spacer na łąkę, pole albo do własnego ogrodu przyjrzyjcie się kopcom, a zauważcie, że najczęściej są ułożone kolejno, jakby w linii. To oczywiste – kret kopiąc korytarz musi gdzieś usuwać zbędny budulec czyli ziemię – wie to każdy, kto choć raz kopał dziurę w ziemi. Tak właśnie powstają te czarne pagórki – kret musi gdzieś usunąć zbędną glebę, by móc dalej kopać. Największe kopce dochodzą nawet do 90 cm wysokości! Nie oznacza to oczywiście, że kopiec nie ma innych, dodatkowych funkcji. Kretowisko pełni bowiem również rolę wywietrznika – dzięki niemu kret ma czym oddychać pod ziemią. Jest także pułapką na mniejsze łąkowe lub polne stworzenia, takie jak owady, ślimaki, żaby, a nawet myszy. Jeśli któreś z tych zwierząt wpadnie przez kretowisko do korytarzy i nie zdąży się wydostać, jest wielce prawdopodobne, że zostanie pożarte przez patrolującego swoje tunele kreta.
Tunele to osobna kwestia. To właśnie one składają się na prawdziwe krecie królestwo. Z bliska nie wydają się imponujące, ot, prosty korytarz o średnicy około 6 centymetrów (idealnie mieszczący jednego kreta), wykopany na głębokości od 20 do 50 centymetrów pod ziemią. Jeśli jednak prześledzimy długość tuneli odkryjemy, jak wielkie robią wrażenie. Rozciągają się bowiem na długość 100-200 metrów (rekordziści dobiegali do 1 kilometra łącznej długości korytarzy!) i zajmują terytorium nawet 6000 metrów kwadratowych! Również szybkość budowy jest godna uznania – nawet 15 metrów korytarza na dobę! Niesamowity wynik, jak na stworzonko, które waży zaledwie 120 gramów i dorasta do 17 centymetrów długości!
To jednak nie koniec. Pomijając kretowinę oraz tunele, krety budują również podziemne gniazda (nory), w których spędzają czas pomiędzy swoimi patrolami. Kret ma bowiem bardzo specyficzny cykl dobowy, rzadko spotykany u innych zwierząt – jednorazowo jest aktywny przez około 4 godzony, po których zapada w głęboki, mocny sen, trwający około 3 godzin. Oczywiste jest więc, że musi gdzieś spać. Właśnie do tego służy gniazdo, które kret wymoszcza zerwanymi trawami i mchem. Sypialnia jest połączona ze „spiżarnią”, w której kret przechowuje pożywienie, a także, jeśli warunki na to pozwalają, również ze „studnią”, będącą pionowym korytarzem sięgającym do wód gruntowych.

Pozostając w temacie „spiżarni”, warto zwrócić uwagę na to, czym żywi się kret, a także jak „skłania” zdobycz do pozostania w podziemnym „magazynie żywności”. Większość z nas wie, że krety żywią się dżdżownicami i jest to prawda. Jednak pod ziemią nie można być zbyt wybrednym, zwłaszcza, jeśli ma się tak wielki apetyt, jak kret. Dlatego te stworzenia zjadają wszystko, co znajdą w korytarzach – nie tylko pierścienice, ale również owady (także te w stanie larwalnym) i drobne kręgowce. Większość zostaje pożarta od razu, ale „nadprogramowe” dżdżownice kret odpowiednio obrabia i magazynuje w „spiżarni” na później lub na zbliżającą się zimę. W jaki sposób? Krety posiadają drobne, ale ostre zęby. Chwytając dżdżownicę i umiejętnie ją gryząc, podcinają im zwoje nerwowe. To oznacza, że dżdżownica jest żywa, ale sparaliżowana i jako taka nie może uciec ze „spiżarni”.
Wiemy już co zjada, ale w jaki sposób kret lokalizuje swoje pożywienie? Nie możemy bowiem zakładać, że jedynie patroluje swoje tunele licząc na szczęśliwy traf – jakby nie patrzeć, jest to mały, ale wytrawny i przebiegły drapieżnik. Przede wszystkim krety bazują na zmyśle dotyku oraz słuchu. Na pewno choć raz widzieliście, a może sami stosowaliście odstraszacz na kreta w postaci wiatraczka, butelki na patyku albo innego prostego urządzenia, które ma wprowadzać najbliższą ziemię w drgania lub przewodzić hałas. Rzeczywiście, krety pokryte są bardzo gęstym futerkiem, posiadają również włosy czuciowe na pyszczku i ogonie, które są nad wyraz czułe na drgania. Także słuch jest dobrze rozwinięty, mimo iż – co ciekawe – krety nie posiadają zewnętrznych uszu! Uszy kreta są cofnięte na tył czaszki i przykryte specjalnym fałdem skóry i włosami, które zamykają jego otwór słuchowy. Zmysłem, którego kret praktycznie nie używa, jest oczywiście wzrok – w tunelach jest zbyt ciemno, by zobaczyć cokolwiek, dlatego narząd wzroku jest przez krety nieużywany, mimo iż krety mają oczy. Nie są zbyt duże i są głęboko ukryte pod gęstym futerkiem, nie ma również pewności ile krety są w stanie zobaczyć w świetle dziennym (ani czy w ogóle rozróżniają ciemność od światła), ale nie zmienia to faktu, że jak najbardziej posiadają ten narząd.
Ciekawym zagadnieniem są „dłonie” kreta, które służą temu stworzeniu za łopaty. To nic innego jak silne przednie łapki z rozwiniętymi, twardymi i zagiętymi do tyłu pazurkami. W połączeniu z opływowym, wydłużonym ciałkiem sprawiają, że kret pod ziemią to prawdziwy sprinter!
Na zakończenie warto zadać pytanie, czy krety pojawiają się kiedykolwiek na powierzchni? Małe, najprawdopodobniej ślepe zwierzątko, z krótkimi przednimi łapkami, praktycznie bezbronne w świetle dnia? Odpowiedź może zaskoczyć, ale tak – kreta można spotkać na powierzchni, mimo iż zdarza się do dość rzadko. Zadziwiające jest, jak bardzo jest wtedy szybki. Przemieszcza się bez wahania, by jak najszybciej znaleźć odpowiednie miejsce do kopania. Jeśli tylko znajdzie glebę, która trafia w jego gust (lub wyczuje zbliżające się po ziemi niebezpieczeństwo), od razu zaczyna kopać i znika w tunelu.

Fot. Witalis Szołtys 

piątek, 3 kwietnia 2020

Co w trawie piszczy? Część 1


Co ma wspólnego paleolityczny petroglif, szczekanie i 34 kg groszku, czyli słów kilka o dzikim chomiku

Jak już zostało powiedziane kwarantanna trwa. Wielu z nas ma z tego powodu przygotowane duże zapasy. Można wręcz powiedzieć, że zachomikowaliśmy, co tylko się da. 


Określenie „chomikować” wzięło się oczywiście od chomika. Te sympatyczne stworzenia od setek lat są uznawane za symbol zapobiegliwości i gromadzenia zapasów na czarną godzinę. Warto za przykład wziąć dzikiego chomika europejskiego, którego można spotkać na wielu śląskich polach. Te chomiki są uznawane za największe, osiągają jakieś 30 cm długości i potrafią ważyć nawet kilogram, zwykle jednak są nieco mniejsze. Podobnie jak przedstawiciele innych gatunków, zbierają i magazynują w norach pod ziemią zapasy pożywienia. A mają co zbierać! Chomiki europejskie zjadają zielone części roślin, ale także ich korzenie i ziarna. Zajadają się więc pszenicą, jęczmieniem, żytem, owsem i kukurydzą, ale z chęcią jedzą również groch, fasole, marchewki, cebule, ogórki, sałaty, a nawet rzepy czy buraki. Jak widać, są w główniej mierze roślinożerne, ale od czasu do czasu nie pogardzą również tłustym owadem czy ślimakiem. 

Jak jednak chomiki przenoszą te wszystkie smakowitości do swoich nor? Oczywiście w pyszczkach.
Chomiki posiadają specjalne worki policzkowe, które są tak duże, że sięgają aż do barków!
Mogą być wykorzystywane do przenoszenia małych chomiczków, albo do nadymania się i straszenia przeciwników w czasie walki, ale ich główną funkcją jest przenoszenie jedzenia. Żeby opróżnić worki chomiki uciskają łapkami swoje policzki i w ten sposób wypluwają cenną zdobycz w swoich magazynach. Ale jak duży potrafi być taki magazyn? Cóż, chomiki zapadają w przerywany sen zimowy. To oznacza, że raz na jakiś czas wybudzają się z hibernacji, żeby coś przekąsić. Nic więc dziwnego, że muszą zachomikować dużo jedzenia. Zwykle jeden chomik magazynuje od jednego do kilku kilogramów jedzenia. Naukowcy odkryli jednak prawdziwych rekordzistów – jeden chomik zmagazynował aż 34 kilogramy grochu. Inny zebrał w swojej norze ziemniaki, kukurydzę i łubin o łącznej wadze 65 kilogramów! Nie możemy mieć pretensji do tych zwierzątek, że wykazują taką zapobiegliwość, ale nic dziwnego, że od zawsze były uznawane przez rolników za wielkie szkodniki... 

Swoją drogą, czy wiecie jak nazywano dawniej w Polsce chomika europejskiego? Z wielu popularnych zwrotów warte wymienienia są: piesek ziemny, szczekający szczur i obrońca pola. Skąd te nazwy? Chomik europejski jest niezwykle odważny i waleczny. Mimo, iż może schować się przed zagrożeniem w swojej ziemnej norze, to nie zawaha się stanąć do walki i to nawet z przeciwnikiem dużo większym od siebie. Wiedzieliście, że jeden chomik może zaatakować psa, dorosłego człowieka, a nawet traktor? Przed starciem najpierw stara się odstraszyć przeciwnika, stając na tylnych łapkach, wypinając do przodu brzuch i nadymając torby policzkowe, starając się w ten sposób wyglądać na większego niż jest w rzeczywistości. Jeśli to nie odstraszy intruza chomik przechodzi do ataku z użyciem pazurów i ostrych siekaczy. Takiej walce towarzyszyć będą przeróżne odgłosy – pomruki, parskania, piszczenie, a nawet skrzeczenie, kwiczenie i szczekanie! 

Ciekawym zagadnieniem jest również kolor chomiczego futra. Patrząc na te zwierzątka można mieć wrażenie, że chomiki nie potrafiły się zdecydować, jaki właściwie chcą mieć kolor. Ich grzbiet najczęściej jest brązowy, brzuch jest jednolicie czarny, łapki oraz części pyszczka są białe, a policzki oraz miejsca za uszami są żółtawe. Zupełnie jakby wpadły do kilku puszek z farbą... Nic dziwnego, że chomiki europejskie są jednymi z najbardziej kolorowych europejskich ssaków.

Na koniec ciekawostka historyczna, czy raczej prehistoryczna. Czy wiedzieliście, że chomiki żyły na Ziemi już 2,5 miliona lat temu? Paleontolodzy do dziś znajdują skamieniałe szczątki pra-chomików na terenie całej Europy i Azji. Co więcej, w jednej z jaskiń we francuskim departamencie Dordogne znaleziono również peleolityczny petroglif przedstawiający walkę chomika i łasicy.


Fot. Witalis Szołtys

środa, 1 kwietnia 2020

Migawki z Galerii Malarstwa Polskiego w Bytomiu, cz.1, Włoskie inspiracje

Kolekcja malarstwa polskiego Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu to jeden z cenniejszych zbiorów muzealnych w Polsce. Składają się na nią dzieła o wysokiej wartości artystycznej i symbolicznej. Dzięki temu zajmuje ona ważne miejsce w polskiej historii sztuki i pozwala w pełni zaprezentować twórczość polskich artystów.
Wieśniaczka z Doliny Ciociara, Edward Okuń

W kolejnych odcinkach przybliżymy Wam kilka z dzieł z tej niezwykłej kolekcji. Dziś mamy dla Was obrazy inspirowane podróżami do Włoch.
W naszej Galerii Malarstwa Polskiego możecie między innymi podziwiać niewielkich rozmiarów portret Włoszki z regionu Ciociara, autorstwa Edwarda Okunia.
 Edward Okuń to niezwykły malarz, rysownik i ilustrator, przedstawiciel symbolistycznego nurtu w sztuce Młodej Polski, znany z pejzaży - zwłaszcza z Włoch, portretów, kompozycji fantastycznych i alegorycznych, a także ilustracji książek i czasopism takich jak „Chimera” czy „Jugend”.
Natomiast wspomniana wyżej Ciociara to niezwykle urokliwy obszar Italii, bardzo często odwiedzany przez szukających inspiracji artystów. W maju 1944 roku w trakcie bitwy pod Monte Cassino to właśnie w tym regionie splotły się historie Polski i Włoch.
Edward Okuń, „La Ciociara (Wieśniaczka z doliny Ciociara)”, przed 1900, olej, płótno, tektura (ze zbiorów Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu).


W 1903 roku Julian Fałat namalował widok przedstawiający wenecką wyspę San Giorgio Maggiore. To
Widok na San Giorgio Maggiore, Julian Fałat
miasto, jak zapewne wiele włoskich miejscowości, już u progu XX wieku cieszyło się niesłabnącym wśród turystów powodzeniem. Zgiełk, ruch, niezliczone ilości zwiedzających były stałym elementem tego krajobrazu.
W niedalekiej przeszłości nieprzebrane tłumy odwiedzające Wenecję przyprawiały o prawdziwy zawrót głowy. Niejeden z nas rozmyślał, jak oderwać się od tego wszystkiego, co prędzej czy później znuży nawet najbardziej wytrzymałego turystę. Okazuje się, iż wystarczy, wzorem Juliana Fałata, wznieść się ponad piękno placu św. Marka, kierując swoje spojrzenie w stronę wyspy, na której znajduje się nieskazitelna w proporcjach, czysta w wyrazie budowla sakralna, zaprojektowana przez Andrea Palladia, jednego z najwybitniejszych architektów włoskiego renesansu.
Spokojny i cichy pejzaż polskiego artysty po dziś dzień daje wytchnienie i koi nerwy. Paradoks polega jednak na tym, iż w obliczu sytuacji, w której znalazły się obecnie Włochy oraz reszta świata, wiele dalibyśmy, aby zgiełk na powrót stał się elementem naszej rzeczywistości.
Julian Fałat, „Wenecja – widok na San Giorgio Maggiore”, 1903, pastel, tektura (ze zbiorów Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu),

                                                                           Słoneczna Italia zawsze była jednym z najbardziej atrakcyjnych miejsc – nie tylko dla tych, którzy lubią
Domy nad kanałem, Aleksander Gierymski
podróżować, ale także dla całej rzeszy artystów. Wielu z nich za obowiązkowy punkt na mapie swoich artystycznych destynacji uważało właśnie Włochy. Niektórzy decydowali się nawet na zamieszkanie w tym rejonie Europy. Tak też uczynił Aleksander Gierymski, który spędził we Włoszech znaczącą część swojego życia. Ten niezwykły „poeta światła”, jak określił go Zenon „Miriam” Przesmycki, wielokrotnie portretował nasycony słońcem włoski pejzaż.
Aleksander Gierymski, decydując się na niełatwe, bo z dala od ojczyzny, życie, zdawał sobie sprawę z tego, iż trudno będzie mu znaleźć gdziekolwiek indziej miejsce tak równoznacznie nasycone pięknem i światłem jak Włochy właśnie.
Dziś proponujemy Państwu luministyczny, rozwibrowany kolorem, bliski impresjonistycznej wrażeniowości obraz Domy nad kanałem autorstwa jednego z najwybitniejszych polskich artystów. 





Zdjęcia dzieł z Galerii Malarstwa Polskiego Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu Witalis Szołtys.