piątek, 3 kwietnia 2015

Ale jaja!

Wielkanoc już pojutrze! To więc na dobrą sprawę ostatnia chwila, żeby przygotować to, bez czego Święta absolutnie nie mogą się odbyć. A do takich rzeczy zdecydowanie należą pisanki. Również na Górnym Śląsku mamy długowiekową tradycję przygotowywania kolorowych jajek na świąteczny stół.

Jajka do wyboru, do koloru!
Etapy ozdabiania jajka metodą
batikową - po prawej forma początkowa,
po lewej końcowa. Na niższej półce możemy
obejrzeć narzędzia potrzebne do wykonania
takiej kroszonki.
Tradycyjnie w Wielką Sobotę gospodynie zajmowały się ostatnimi porządkami i pracami kuchennymi. Młode dziewczyny w tym czasie mogły się natomiast zająć kroszonkami. Metod ozdabiania skorupek jaj było kilka (można było, np. obłożyć jajko listkami mirtowymi i szczelnie owinąć w gazę, a następnie zafarbować. W ten sposób otrzymywano piękny, "niezabarwiony" wzór roślinny na kolorowej skorupce), ale do najbardziej rozpowszechnionych i znanych technik należały metoda rytownicza oraz batikowa. Pierwsza polegała na wyskrobaniu na zafarbowanym wcześniej jajku dowolnego wzoru za pomocą nożyka lub innego ostrego narzędzia. Zwolennicy drugiej metody używali natomiast gorącego wosku, który nakładali na
jajko np. za pomocą igły, wykonując w ten sposób rysunek (najczęściej kwiatów złożonych z kropek i kropelek). Tak przygotowane jajko trzeba było później zafarbować, a następnie zetrzeć nałożony wcześniej wosk - podobnie jak w przypadku listków mirtowych dociśniętych gazą, w miejscu gdzie był naniesiony wosk jajko nie będzie kolorowe i zachowa pierwotny odcień. Oczywiście można w ten sposób wykonać kroszonkę w kilku kolorach równocześnie, nakładając wosk na zafarbowane jajko w celu ochrony tego konkretnego koloru, by następnie resztę niezawoskowanej skorupki zabarwić na nowy kolor itd, od nowa. W obu przypadkach efekt końcowy zależy od naszej precyzji i cierpliwości. 

Rozpisuję się jednak o technikach ozdoby jajek, ale nie padło jeszcze ani jedno słowo o sposobach ich farbowania. Dzisiaj używa się przede wszystkim barwników z torebki, względnie farbek, flamastrów czy nalepek wielkanocnych, dawniej barwnik przygotowywano samodzielnie. Najprostszym sposobem, znanym i stosowanym w wielu domach do dziś, jest gotowanie jajka w wodzie z łupinami czerwonej cebuli - uzyskiwaliśmy wtedy piękny rudy kolor o różnym natężeniu, od brązu do żółci. Jednakże śląskie kroszonki nie były tylko rudawe. Żeby uzyskać kolor zielony wykorzystywano młode pędy żyta, a barwę ciemnobrązową i czarną zapewniała kora dębu, olchy lub brzozy.

Tak przygotowana i poświęcona w Wielką Sobotę kroszonka mogła zostać nie tylko zjedzona w czasie wielkanocnego śniadania, ale również podarowana (jako dowód uznania, sympatii lub miłości), miała także silne właściwości magiczne. Spośród licznych zwyczajów wielkanocnych spotykanych na Śląsku można wymienić:
- dzielenie się jajkiem, żeby uniknąć ataku demonicznej mamuny (Łubiany), ale i żeby w rodzinie panował spokój (Gliwice)
- zawieszanie wydmuszek na gałęziach drzewek owocowych, żeby sprowadzić urodzaj owoców  (Beskidy Śląskie i Żywieckie)
- zakopywanie skorupek w ziemi w dniu pierwszego wypasu bydła, żeby krowy dawały dużo mleka (Oleskie)
- zatykanie kretowisk skorupkami w celu pozbycia się szkodników (okolice Bytomia).

Wszystko co potrzebne do wykonania własnej kroszonki
ozdobionej metodą rytowniczą: barwnik (naturalny lub z torebki)
i wszelkiego rodzaju dłutka i nożyki.
W niektórych regionach jajko było też specyficzną formą płatniczą - ofiarowywano je księdzu jako ofiarę za poświęcenie jaj, a także wręczano kościelnym, którzy roznosili po domach wodę święconą. Kroszonka była też odpowiednim prezentem dla chłopaka, który spełnił swój obowiązek i w poniedziałek wielkanocny odpowiednio "zlał" swoją wybrankę.

Kroszonka mogła być też obiektem wykorzystywanym w zabawie, a nawet hazardzie! Najmłodszych Ślązaków, również współcześnie, można było spotkać, kiedy z dzikim entuzjazmem poszukiwali zajączka, malowanych jajek i różnych łakoci ukrytych najczęściej w przydomowych ogródkach, ale także na łąkach i w lasach. To jednak zabawa dla najmłodszych. Dorośli mężczyźni gustowali dawniej w tzw. "kulaniu jajec z górki". Jak sama nazwa wskazuje, zawody polegały na staczaniu kroszonki z usypanej górki do przygotowanego wcześniej wgłębienia. Ten, którego jajko trafiło do celu wygrywał wszystkie jajka, których właściciele nie mieli tyle szczęścia. Oczywiście tę ruletkę można było modyfikować, ustalając, że zwycięzcą zostanie właściciel najszybciej toczącego się jajka albo tego, które odtoczy się najdalej. Kto jednak jest za stary na szukanie zajączka i nie przepada za grami losowymi, może stanąć w szranki nie odchodząc od wielkanocnego stołu. W wielu domach do dziś znana jest zabawa "na wybitki", polegająca na stukaniu jajek w ten sposób, by skruszyć skorupkę jajka przeciwnika, bez strat we własnej kroszonce.

Kto szuka inspiracji na swoją pisankę na pewno znajdzie coś w internecie. My jednak zapraszamy do naszego Muzeum! Na wystawie czasowej EGGSpozycja. Górnośląskie kroszonki 2015 do końca kwietnia można zobaczyć aż 220 prac zgłoszonych w tegorocznej edycji konkursu na najpiękniejsze jajka. 

Przykład kroszonki wykonanej
metodą rytowniczą.
Na zakończenie dla wszystkich tych, którzy przed tegoroczną Wielkanocą chcą poeksperymentować z barwieniem jajek naturalnymi sposobami polecamy następującą rozpiskę. Podobno działa, więc warto sprawdzić ;)

Biały - woda z octem (wkładamy do niej wcześniej ugotowane jajko) 
Żółty - liście brzozy i olchy, kora młodej jabłoni, wysuszone kwiaty jaskrów polnych, rumianek, suche łupinki cebul
Pomarańczowy - sok z marchwi, dynia
Czerwony - łuski czerwonej cebuli, szyszki olchowe, wywar z czerwonych buraków z kroplą octu, kwiaty hibiskusa z odrobiną soku z cytryny, żurawina, mrożone maliny
Różowy - sok z buraka (barwa w zależności od natężenia - sok rozcieńczymy wodą daje kolor jasno różowy, dłuższe moczenie w czysty soku daje kolor czerwony)
Fioletowy - płatki czarnej malwy (można też wymieszać kolor czerwony i niebieski)
Niebieski - owoce tarniny, borówka amerykańska
Granatowy - pokrojone liście czerwonej kapusty z odrobiną octu, wywar z hibiskusa i szczypty sody oczyszczonej
Zielony - młoda trawa, młode zboża (np. żyto), ozimina, pokrzywa, szczypiorek, liście barwinka, szpinak
Brązowy - świeże łupiny orzecha włoskiego, liście dębu i olchy, igły jodłowe, duża ilość łupin z cebuli, esencja z herbaty, mocny wywar z kawy
Czarny - kora olchy, kora dębu, łupiny orzecha włoskiego

Kroszonka może być wielokolorowa, ale jednobarwna też prezentuje się znakomicie.

czwartek, 2 kwietnia 2015

wielkie L I T E R O W A N I E


Prezentujemy najnowsze zdjęcie z Działu Edukacji Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu:


Czy to szantaż?
Czy to donos?
A może żądanie okupu?

Trudne jest życie muzealnika, ale żeby od razu wyklejać anonimy? Ha! Wbrew pozorom to żadne groźby, a proces przygotowywania przez nas nowego projektu. Miejcie oczy szeroko otwarte! Szczegóły już wkrótce!  

(Swoją drogą ile to trzeba się namęczyć przy wycinaniu takich literek. A już w ogóle jak lista żądań jest dłuuuga... ;) ).

piątek, 27 marca 2015

Poszukiwacze zaginionej gumki

Entuzjazm kipi, praca wre - takich komiksów
nie powstydziłoby się nawet Marvel Comics!
Stali sobotni bywalcy naszej muzealnej świetlicy doskonale się orientują, że lubimy (jaki Dział Edukacji MGB) różne dziwne zajęcia, a nawet jeśli zajęcia są "zwykłe" to i tak zawsze pojawi się na nich coś ciekawego. 

Niedawno prowadziliśmy zajęcia z rysowania komiksów, w efekcie których powstały fantastyczne opowieści o Zmorze bytomskiej oraz o bytomskim Świetliku (kto nie wie, jak wygląda taki świetlik niech koniecznie się wybierze naprzeciwko Agory, na ulicę Dworcową ;) ). Interpretacje były różne, np. we wspomnianego świetlika wcieliły się świecące motyle, roboty a nawet Wonder Woman, a uczestnicy warsztatów udowodnili również, że Zmorą może być nie tylko upiorna sąsiadka czy nielubiona pani z matematyki, ale również Darth Vader albo Król Julian przebrany za smoka. 

Portret pamięciowy poszukiwanej
W trakcie zajęć nie obyło się jednak bez kłopotów, a największym z nich było powtarzające się pytanie: "Gdzie gumka? Gdzie gumka?". Wiadomo - nawet najlepszym artystom zdarza się coś krzywo narysować i konieczne jest wymazanie błędu w celu naniesienia poprawek. Jednakże prawie wszystkie muzealne gumki w tajemniczych okolicznościach zaginęły. Co też się mogło z nimi stać? Czy ktoś je porwał? A może same gdzieś sobie poszły? (Chodzą słuchy, że nasze muzealne żubry też tak robią nocami, więc może z gumkami jest podobnie...). Tak czy siak, koniecznie trzeba było je znaleźć i to szybko! Dlatego nic dziwnego, że samodzielnie utworzyła się specjalna grupa detektywów, ochrzczonych chlubnym mianem Poszukiwaczy Zaginionej Gumki.

Pomysły co się stało z gumkami było kilka, podobnie jak propozycji, kto owe zguby odnajdzie. Nasze stałe bywalczynie, Zuzia i Ula zadanie odszukania gumek powierzyły swoim ulubieńcom - kocurowi Bonifacemu i kociakowi Filemonowi. Koty podeszły do zadania nad wyraz entuzjastycznie (może tylko stary Bonifacy trochę się ociągał) i ostatecznie udowodniły, ze gumkom wcale nie wyrosły nogi, tylko leżą sobie w najbardziej oczywistych miejscach: pod stołem i pod kartką papieru. Trzeci Poszukiwacz, Piotrek, przeprowadził śledztwo sam i dotarł do nagrań z monitoringu na którym wyraźnie widać, jak burzliwe potrafi być życie takiej świetlicowej gumki do wycierania. 

Dowody potwierdzające wszystkie teorie zostają udostępnione do wglądu wszystkich zainteresowanych. Nigdy nie wiadomo kiedy sami będziemy musieli wcielić się w Poszukiwaczy, więc warto zawczasu się przeszkolić w tym zakresie. :) 

Autorka: Ula Sz.

Autorka: Zuzia Sz.

Autor: Piotrek S.



czwartek, 19 lutego 2015

Co mają bałwany do pająków czyli o kolażu słów kilka

Do stworzenia kolażu potrzeba niewielu materiałów,
a efekty potrafią być zaskakujące...


Kolaż zwykle kojarzy się z rowerzystą. Dzisiejszy wpis nie będzie jednak poświęcony cyklistom, a kolażom (przez „ż”), czyli technice plastycznej polegającej na mieszaniu różnych, wydawałoby się niepasujących do siebie elementów – ilustracji, wycinków z gazet, fragmentów tekstu, resztek tkanin, farb, pasteli, zasuszonych liści i czego jeszcze tylko dusza zapragnie.

Wbrew pozorom dowolność, która wpisana jest w kolaż, wcale nie musi się łączyć z anarchią i chaosem. Wystarczy trochę wyobraźni, dobry pomysł i chwila zastanowienia, a na kawałku kartki czy kartonu może powstać niezwykły świat. Wszystko zależy od nas – mając do dyspozycji zwyczajny kolorowy papier, dziurkacz, nożyczki i klej możemy równie sprawnie wyczarować las i łąkę, jak i odległe planety! A jeśli tylko odrobinę pokombinujemy, możemy powiększyć nasze możliwości. 

Przykłady najprostszych kolaży wykonanych za pomocą papieru i dziurkaczy w kształcie roślinek


 Mając wycięte dziurkaczem jabłuszko wystarczy je trochę przyciąć za pomocą nożyczek i już powstaje motyl – owoc zmienia się w skrzydełka, a ogonek w czułki. Dla odmiany zlepienie ze sobą dwóch bałwanków daje nam pająka! (Niestety tylko po uprzednim obcięciu bałwankom głów, ale sztuka wymaga ofiar).
Mrrroczne pająki z bałwanków atakują!
Podarcie białej kalki w długie pasy i przyklejenie do kartki może równie dobrze imitować jesienną mgłę, zimowy śnieg i wiosenne chmury. Jedynym ograniczeniem jest nasza wyobraźnia, a inspiracją może być cokolwiek – kolor papieru, kawałek gazety lub postać. Dlatego warto dokładnie wszystkiemu się przyglądać, bo pomysł na kolaż może dosłownie leżeć na stole.

Uczestniczy naszych sobotnich spotkań z wiedzą mieli już okazję spróbować swoich sił w kolażu (w tematyce dominowały wtedy jabłka), ale nie próżnujemy i kujemy żelazo póki gorące! W czasie ferii nasi młodzi miłośnicy wyklejanek spróbowali wykonać trudniejszą, bardziej złożoną kompozycję, a teraz aż dwie grupy uczniów (z gimnazjum i szkół podstawowych) przygotowują z naszą pomocą filmy w technice kolażu o historii porcelany. Nie możemy się doczekać efektów! Na razie jednak zapraszamy do wypróbowania techniki kolażu w domu. Efekty mogą was zaskoczyć!   

Wybór materiałów...

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Wielki Pokaz Filmowy

Prezentacja twórców filmu "Muzealne tańce plemienne"

Tłumy rozentuzjazmowanych młodych twórców zjawiły się w naszej świetlicy muzealnej na pokazie przedpremierowym filmów, zrealizowanych podczas warsztatów MUZeum MUZycznie. Emocje - ogromne: my byliśmy ciekawi, jak ocenią efekt swojej pracy po procesie postprodukcyjnym uczestnicy warsztatów, oni sami nie mogli się doczekać efektu finalnego.


Gromkie oklaski


Istotnym elementem okazała się prezentacja filmu podsumowującego cały projekt. Dzięki niemu poszczególne grupy mogły zobaczyć, co robili ich koledzy. Były filmy piaskowe, aktorsko - animowane, nowe aranżacje starych ludowych pieśni i tańce plemienne.







Gromkim oklaskom towarzyszyła radość samych artystów, którzy z lekkim niedowierzaniem patrzyli
na imponujące efekty. Cóż, najtrudniej jest uwierzyć w samego siebie. Teraz czekamy tylko na oficjalną premierę płyty, ale o efekty już możemy być pewni!

Dla niecierpliwych mamy małą niespodziankę: "Zima" Antonio Vivaldiego (cz.II) w animacji gimnazjalistów z Gimnazjum nr 9 w Bytomiu.

Wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku od całego zespołu Działu Edukacji Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu.
I do zobaczenia w Nowym Roku!




Zima from Edukacja MGB on Vimeo.

sobota, 6 grudnia 2014

Mikołaj już nadchodzi!

Ledwo co mieliśmy święto Górników i św. Barbary, a tu już nowa okazja do radowania się, zwłaszcza jeśli jest się dzieckiem. Dzień 6 grudnia tradycyjnie jest bowiem uznawany za dzień św. Mikołaja, a to oczywiście oznacza jedno – prezenty! Jednak nie zawsze wszystko było takie jak dzisiaj.

przepytywanie z pacierza
Dawniej św. Mikołaj w ogóle nie przypominał dobrodusznego brodacza w czarownym kubraczku z reklam CocaColi. Św. Mikołaj przemierzał wsie i miasta ubrany w długie, białe lub czerwone szaty, biskupią czapkę i specjalną maskę określaną mianem larwy (żeby oczywiście nikt nie poznał świętego). Wyposażony był nie tylko w worek z prezentami, ale również w laskę lub pastorał, którą pukał do okien domów gdzie mieszkały małe dzieci, dając tym samym znać o swoje obecności. A jego wizyta nie zawsze była przyjemnością, oj, nie zawsze! Przepytywał dzieci i dorosłych z pacierza, a nagradzał tylko grzecznych i dobrych domowników – tym trafiały się w prezencie zabawki, owoce i słodycze. Natomiast te dzieci, które nie wykazały się wiedzą, a do tego były krnąbrne i niegrzeczne czekała w najlepszym wypadku rózga, a gorszym nawet chłosta! Nic dziwnego, że dzień ten budził postrach wśród wszystkich dzieci.

Kolejną różnicą między dawnym a współczesnym św. Mikołajem są jego towarzysze. Obecnie każde dziecko wie, że św. Mikołajowi towarzyszą zaprzężone do sań renifery, a zabawki produkują grupy elfów. W danych czasach Mikołajowi zdarzało się wędrować samotnie, ale najczęściej jednak miał do towarzystwa anioła oraz diabła. Zdarzało się nawet, że takich pomocników mogło być więcej, od kilkunastu do nawet czterdziestu, tak jak bywało w Istebnej i Koniakowie po drugiej wojnie światowej. Tam w pochodzie św. Mikołaja znajdywały się nie tylko diabły wyposażone w ukręcone ze słomy baty, ale również biedny żaczek w półciennej koszuli i nietypowy niedźwiedź mający na sobie bluzę i spodnie uszyte z baraniego futra. Wśród towarzyszy Mikołaja mogli się również znaleźć ksiądz z ministrantami, Cyganie, medula prowadzący niedźwiedzia, Żyd, doktor, kominiarz, baba (na swój sposób genderowa, bo nie prawdziwa a tylko przebrana) a nawet śmierć. Taka grupa nie tylko wędrowała od domu do domu rozdając prezenty, ale także wygłaszała oracje, zbierała datki, płatała figle, a nawet pozwalała sobie na odwiedziny u młodych, niezamężnych dziewcząt.
towarzysze św. Mikołaja

Jednakże św. Mikołaj opiekował się nie tylko dziećmi. Był on patronem wielu ciekawych profesji i zawodów (m.in. bednarzy, kupców, notariuszy i młynarzy, ale również wytwórców guzików, cukierników czy sprzedawców perfum), ale miał w swojej opiece również zwierzęta domowe. Wierzono, że do świętego można się zwrócić w każdej potrzebie gospodarskiej, a jego moc była naprawdę duża – potrafił nawet ochronić zwierzęta przed wilkami. Dlatego też na Śląsku chłopi pilnowali, żeby nie wykorzystywać bydła do żadnych prac w obejściu w dniu św. Mikołaja, a w stajniach, oborach i zagrodach wieszali miniaturowe wizerunki świętego, by miał oko na wszystkie zwierzęta.

Co ciekawe jeszcze na początku XIX wieku do powszechnego zwyczaju należało składanie św. Mikołajowi darów w kościołach, chcąc uzyskać jego opiekę nad żywym dobytkiem. W tym celu przynoszono do świątyń głównie kury i gęsi, jednakże hałas, jaki wykonywały ptaki w kościołach był tak ogromny, że ostatecznie zaniechano tego zwyczaju, mimo iż w Lublińcu czy Kędzierzynie praktykowano go dość długo. 

Dlatego jeśli spotkacie dziś orszak dziwnych postaci nie uciekajcie – być może prawdziwy święty Mikołaj powrócił do miasta.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Muzyczna podróż dookoła świata


Mamy dla Was wspaniałą wiadomość! Muzyka obecna jest we WSZYTSKICH kulturach świata! Czyż to nie cudowne? W każdym miejscu na świecie możecie usłyszeć muzykę, odczuć zawarte w niej emocje, a jeśli jesteście muzykami – znaleźć robotę :)






Oczywiście w każdym zakątku świata muzyka jest nieco inna, a muzyczna różnorodność kultur jest równie zadziwiająca, jak różnorodność ludzka w ogóle. Podczas etnograficznej części projektu Muzeum Muzycznie – organizowanego przez Śląskie Towarzystwo Muzyczne we współpracy z edukatorami Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu w ramach Akademii Orange – skupiliśmy się nie tylko na egzotycznej muzyce charakterystycznej dla najodleglejszych zakątków świata, ale także na rodzimej muzyce ludowej.
Wszystko jednak wyjaśnimy po kolei. Nasze etnograficzno-muzyczne spotkania rozpoczął wspaniały koncert Lorien Trio, czyli niezwykłych pań potrafiących ujarzmić takie instrumenty, jak flet, altówka i harfa. Nasze utalentowane artystki wraz z próbującą swych sił jedynie w grze na instrumentach chirurgicznych, przedstawicielką Działu Edukacji MGB zabrały uczestników spotkania w podróż dookoła świata. Zanim jednak muzycznie odwiedziliśmy dalekie krainy, konieczne było ustalenie skąd w ogóle wzięła się muzyka i do czego ludziom może służyć.
 Okazało się, że  dla uczestników warsztatów takie pytania to nie pierwszyzna i z niemal niezachwianą pewnością umieścili początki muzyki w prehistorii, jako próby naśladownictwa świata przyrody – śpiewu ptaków, odgłosów zwierząt, a nawet rytmu własnego ciała. To tylko jedna z hipotez, ale nie można odmówić jej pewnej dozy prawdopodobieństwa. Rozwój cywilizacyjny człowieka popchnął do przodu także kwestię muzyki – powstawały instrumenty, nowe techniki śpiewu, gry i tańca, skale, a nawet teoria muzyki. O tym opowiedzieliśmy sobie w dużym skrócie, by szybko zwrócić się ku funkcjom muzyki w kulturze. W odpowiedzi na to pytanie, nie trzeba było posiadać bardzo rozbudowanej wiedzy teoretycznej, wystarczyło tylko zastanowić się, jakie funkcje muzyka ma dla nas na co dzień.
Oczywista zatem stała się funkcja wyrażania emocji, czy symbolicznej reprezentacji pewnych myśli i idei. Bezdyskusyjna była także funkcja rozrywkowa, komunikacyjna oraz integrująca grupę. Troszkę więcej zastanowienia wymagało od nas odkrycie funkcji rytualnej oraz wzmagającej stabilność i kontynuację kultury. Podsumowując, udało nam się określić naprawdę wiele funkcji muzyki i lepiej zrozumieć, jak wielką rolę odgrywa ona w życiu indywidualnym i zbiorowym.
Teraz przyszedł czas na podróż, która zaczęła się w kolebce człowieka, czyli Afryce. Rozpoczynając muzyczną przygodę od najbardziej egzotycznych przykładów muzycznych, chcieliśmy pokazać naszym uczestnikom silne związki muzyki z życiem społecznym oraz jej bardzo pragmatyczne przeznaczenie. Rytmy wybijane na afrykańskich bębnach, takich jak dundun czy djembe, wygrywane na balafonach, korach oraz zanzach, oprócz towarzyszenia wszelkim społecznym uroczystościom, mają także moc uwodzenia, dodawania siły mężczyznom, uzdrawiania, zapewniania wojennego (i nie tylko), sukcesu i wiele, wiele innych.
Nikogo zatem nie zdziwił już fakt, że afrykańscy muzycy zwani griotami są bardzo ważną grupą zawodową, która zajmuje się nie tylko perfekcyjną grą na wyżej wymienionych instrumentach, ale także dogłębną znajomością historii Afryki Zachodniej, genealogii poszczególnych rodów oraz wybitnym talentem oratorsko-mediatorskim. Z Afryki powróciliśmy na chwilę do domu, by zaczerpnąć tchu i oddać głos naszemu wspaniałemu Lorien Trio. Na początku zabrzmiała „Suita ludowa” – utwór harfistki Agnieszki Kaczmarek-Bialic, zainspirowany polskimi melodiami ludowymi. Ten niezwykły utwór pokazał naszym uczestnikom, jak wielką narracyjną moc może mieć muzyka, albowiem opowieść o zatraceniu się pasterki w tańcu, jej zaginięciu i szczęśliwym odnalezieniu, zapisana została jedynie za pomocą dźwięków! Jedyną podpowiedzą pobudzającą naszą wyobraźnię, były tytułu poszczególnych części utworu: „Z tego wirowania”, „Zginęła nam pastereczka” i „Łapcie ją”. Następnie nasze utalentowane panie zabrały wszystkich w podróż do dalekiej Japonii – wysłuchaliśmy zaśpiewanej (po japońsku!) oraz zatańczonej przez flecistkę japońskiej pieśni ludowej – „Sakury”, towarzyszącej japońskiemu świętu kwitnącej wiśni, o którym także dowiedzieliśmy się co nieco.
Japonia tak bardzo nam się spodobała, że zostaliśmy w niej jeszcze na chwilę, słuchając jeszcze jednego japońskiego utworu pt. „Na plaży”. Jego pogodny nastrój posłużył jako pomost do przeniesienia się do Włoch i ponownego uruchomienia wyobraźni… Widzicie to wspaniałe słoneczne popołudnie spędzone w miłej kawiarni na zalanym słońcem placu jakiegoś włoskiego miasteczka? Tak działa radosna muzyka Francesco Molino! Z Włoch szybko przemknęliśmy do Anglii, by posłuchać cudownego „Greensleves” wykonywanego na flecie prostym oraz do Irlandii, gdzie poznaliśmy mały irlandzki flecik i wykonywaną na nim charakterystyczną muzykę taneczną, z wciąż zmieniającym się akompaniamentem – a to nowe harmonie na harfie, a to nowe sposoby wydobywania dźwięku na altówce (pizzicato i col legno, czyli szarpanie strun palcami prawej ręki zamiast grania smyczkiem oraz granie drzewcem smyczka zamiast jego włosiem). Z wysp, przez kanał La Manche powróciliśmy na kontynent, by rozpłynąć się w wyrafinowanych dźwiękach sonaty Claude’a Debussy’ego. Bez tego wybitnego kompozytora pewnie nie zaistniałoby takie trio, jak nasze wspaniałe Lorien Trio. To właśnie w głowie Debussy’ego powstał ten niezwykły pomysł, by zestawić ze sobą trzy tak różne instrumenty, jak flet, altówka i harfa. Ostatnim naszym przystankiem w tej niezwykłej podróży była słoneczna Hiszpania reprezentowana przez wirtuozowski „Taniec ognia” Manuela de Falli na harfę solo. To była naprawdę cudowna podróż w krainę dźwięków, a czas minął nam zdecydowanie za szybko. Było to wspaniałe i odprężające doświadczenie pozwalające naszym uczestnikom zebrać siły przed tym, co czekało na nich na kolejnych warsztatach. Zanim jednak nasi uczestnicy rozpoczęli ciężką pracę nad dwoma etnograficzno-muzycznymi projektami mieli okazję z bliska obejrzeć instrumenty, zadać wszelkie nurtujące ich muzyczne pytania, a nawet spróbować swoich sił w grze na harfie, altówce czy flecie. Dziękujemy za ten magiczny czas!