poniedziałek, 30 listopada 2020

Parę słów o czarach, zabobonach i dawnych wierzeniach

 

Kto nie zna Złej Czarownicy z Zachodu
z Krainy Oz?

Magia. Słysząc to słowo macie zapewne skojarzenia z różdżką, lataniem na miotle, panią w spiczastym kapeluszu, Harrym Potterem, ewentualnie panem, który wyciąga białego królika z kapelusza. Magia występuje w książkach, filmach i grach. Jest niezwykłą siłą, którą można wykorzystać w dobrych lub złych celach – kto z nas nie zna opowieści o zaczarowaniu kogoś w żabę?

Nie wiem jednak czy wiecie, ale „magia” dla naszych prapradziadków, którzy żyli 100 i więcej lat temu, była czymś absolutnie realnym. I często była czymś bardzo, bardzo groźnym, przed czym trzeba się było chronić za pomocą specjalnych słów, gestów i przedmiotów.


„Magia” narodziła się prawdopodobnie wraz z człowiekiem rozumnym i towarzyszy mu od zarania dziejów. Przybierała różne formy, miała różne funkcje funkcje i ludzie różnie ją postrzegali i oceniali, w zależności od miejsca i czasu. Zawsze jednak magia wiązała się z przekonaniem, że poza człowiekiem i światem materialnym istnieje coś jeszcze, coś nadprzyrodzonego, co ma wielką moc. I że można to coś przekonać (albo zmusić), by wypełniało nasze życzenia i rozkazy. Co jednak, jeśli magią zaczynały władać istoty złe i złośliwe? Wtedy trzeba było się przed tą magią bronić. Magia więc wiązała się z całą masą zależności, prawidłowości, a przede wszystkim zakazów i nakazów.

Czy czarny kot
naprawdę przynosi pecha?


Dziś takie zachowania nazywamy przesądami, albo zabobonami. Wiemy, że odpukanie w niemalowane drewno nie odczynia pecha, że czterolistna koniczynka nie przynosi tak naprawdę szczęścia, a pęknięte lustro nie spowoduje 7 lat nieszczęść – po prostu jedziemy do sklepu i kupujemy nowe. Skąd więc u naszych przodków taka wiara w nadprzyrodzone zjawiska?


Wyobraźcie sobie, że żyjecie w świecie bez prądu. Nie macie światła, radia, telewizji i internetu. Cała wasza rodzina hoduje rośliny i zwierzęta. I cały czas coś wam grozi - krowom może zabraknąć mleka, kurom może zabraknąć jaj, na rośliny może spaść nieurodzaj w postaci robactwa, suszy, gradów, ulew, burz, wylewów rzeki. Także ludziom grożą różne choroby, a nawet śmierć. Nic dziwnego, że nasi przodkowie byli strasznie podenerwowani. A teraz wyobraźcie sobie do tego wszystkiego, że w życiu naszych prapradziadków nagle pojawia się czarownik albo czarownica, którzy mogą wywołać wszystkie wyżej wymienione nieszczęścia. Oh jej! Jak się przed nimi obronić?

Na szczęście wierzono, że magia podlega pewnym zasadom i regułom. Szczególnie ciekawa jest jedna z nich, którą można sprowadzić do założenia, że „podobne wywołuje podobne”, czyli – mówiąc innymi słowy – że skutek jest podobny do przyczyny. Z tej zasady wynika, że można wywołać jakiś skutek, przez naśladowanie go. Brzmi dziwnie i niezrozumiale? Posłużmy się więc kilkoma przykładami.

Dawniej wierzono, że kobieta będąc w ciąży może wpłynąć na wygląd, zdrowie i zachowanie swojego przyszłego dziecka, poprzez swoje odpowiednie zachowanie i czynności. Często stosowano w tym celu właśnie zasadę podobieństwa. Na przykład:

Suche pęczki lnu - prawda, że są bardzo jasne?

1. podczas swojego wesela i oczepin, panna młoda często patrzyła w czarny od sadzy strop chaty. Po co? Żeby w przyszłości jej dzieci miały równie czarne włosy i oczy. A co, jeśli chciała, żeby jej dzieci miały jasne oczy i włosy? Wtedy wpatrywała się intensywnie w pęczki lnu lub lnianą przędzę.

2. kiedy kobieta była już w ciąży, absolutnie nie wolno jej było patrzeć na brzydkie i nieprzyjemne rzeczy, żeby dziecko się do nich nie upodobniło. Dlatego ciężarne kobiety otaczały się ładnymi przedmiotami, zwierzętami i ludźmi.

3. zapatrzenie się w ogień przez przyszłą mamę mogło spowodować, że dziecko będzie miało czerwone plamy na ciele (jak od oparzenia), a wystraszenie się myszy lub szczura – że dziecko będzie miało myszkę na ciele (czyli mechate znamię).

Króliki są urocze, ale mało która mama by chciała
żeby jej dziecko miało podobnie rozciętą wargę...




4. kobiecie w ciąży kategorycznie zakazywano przechodzenia nad ostrymi przedmiotami, takimi jak nóż, siekiera czy lemiesza od pługa. Nie wolno jej również było rąbać drewna na progu domu. Dlaczego? Żeby dziecko nie urodziło się z zajęczą wargą! (Lepiej też było, żeby nie patrzyła na króliki i zające, tak na wszelki wypadek).

5. natomiast żeby dziecko nie miało zeza, kobieta nie powinna patrzeć przez dziurkę od klucza.


Takich zakazów i nakazów było dużo więcej. Tutaj wymieniliśmy tylko kilka przesądów związanych z ciążą. Jeśli chcecie poznać inne dawne zwyczaje „magiczne”, związane np. ze zdrowiem, z miłością albo z zaklinaniem urodzaju, powinien koniecznie odwiedzić naszą wystawę „Pomiędzy magią a religią”, którą można będzie oglądać do końca marca 2021 roku. 

Informacje o wystawie TUTAJ

Zdjęcia: baza grafik google

wtorek, 10 listopada 2020

Jesień oczami naszych prapradziadków, czyli opowieść o szyciu, wróżbach i wyciu w kominie

Czy wiecie, jak dawniej wyglądała jesień na Górnym Śląsku? Mogłoby się wydawać, że dwieście lat temu ludzie zachowywali się tak samo jak dzisiaj, ale to nieprawda. Przede wszystkim ludzie nie pracowali w korporacjach, ale najczęściej byli rolnikami. Jesienią zboże było już co prawda zebrane, ale to nie oznaczało końca pracy. Zboże trzeba było oddzielić od łodyżek i plew za pomocą cepów, żeby następnie można było zrobić z ziarna mąkę. Używano do tego ciężkich, kamiennych żaren. Poza tym wykopywano ziemniaki i chowano je w specjalnych kopcach, szatkowano i kwaszono kapustę, a także obrabiano len, z którego wyrabiano kiedyś ubrania. Nie było to jednak łatwe. Zebrane łodygi lnu trzeba było namoczyć, a potem połamać je za pomocą międlicy. Nie chodziło jednak o to, by uzyskać małe patyczki, ale żeby „rozłożyć” łodygę lnu, która składa się z długich włókien. Włókna te przypominały potem rozczochrane włosy, dlatego trzeba było je wyczesać specjalnym czesakiem. Po takim zabiegu można było zrobić z niego nici, a następnie materiał, który mógł być wykorzystany do uszycia czegoś. Uf, sporo roboty!

Jesienią z powodu zimna i krótkiego dnia większość prac przenosiła się do domów. Kobiety w tym czasie oddawały się przędzeniu, tkaniu i szyciu. Oznacza to, że z rozczesanego lnu robiły nici, z nich przygotowywały materiał, a następnie szyły z niego ubrania. Gotowe ubrania można było ozdobić haftem (czyli wyszyć nitką jakiś wzór), koronką (robioną ręcznie na szydełku), nadrukiem (używano do tego specjalny drewnianych stempli i odpowiednich barwników), a nawet pomalować farbami (trzeba było jednak bardzo uważać później przy praniu!). 

W domu odbywało się również darcie pierza – dzisiaj poduszki i kołdry są wypchane syntetyczną wełną, a dawniej piórami gęsi. Te pióra były jednak bardzo kłujące, dlatego należało obskubać miękką, puchatą i delikatną część od kłującego, sztywnego środka pióra (stosiny). Nie była to ciężka praca, ale długotrwała i nudna, dlatego w długie jesienne oraz zimowe wieczory wszystkie kobiety z okolicy spotykały się w jednej kuchni, gdzie razem darły pierze, śpiewały i opowiadały sobie różne historie. 

Wróżba andrzejkowa - puszczanie listków
mirtu na wodę

 

 

 

Warto wiedzieć, że dawniej centrum całego domu stanowiła kuchnia. Było tam najcieplej oraz najbliżej do jedzenia, cała więc rodzina chętnie spędzała w niej wolny czas. Często również zapraszano tam gości. W czasie andrzejek dziewczyny, które nie miały jeszcze mężów, spędzały wieczór w kuchni i wróżyły, próbując poznać przyszłość. Chłopcy mieli swój oddzielny wieczór, który nazywano katarzynkami.

Zima była więc dawniej czasem odpoczynku i zabaw. Nie tylko organizowano wieczory wróżb czy spotkania taneczne, ale również czytano i grano na różnych instrumentach.


Zaraz, zaraz… Co to za wycie?

Przed Wami zadanie - czy jesteście w stanie ułożyć nasze puzzle, by poznać tożsamość tajemniczego stwora? Poznacie nie tylko jego imię, ale również wygląd i pewne nietypowe zachowanie. UWAGA: Puzzle można przekładać i obracać. 

PUZZLE znajdziecie TUTAJ

Udało się Wam poznać imię tajemniczego, wyjącego potwora i jego wygląd? To meluzyna. Na pewno wiecie, jak wygląda syrena – to urocza istota będąca pół kobietą, pół rybą, która żyje w wodzie. Słynie też z pięknego głosu i częstego pomagania żeglarzom. A teraz wyobraźcie sobie jej kuzynkę – meluzynę.

Meluzyna jest bardzo podobna do syreny – to również piękna kobieta z rybim lub wężowym ogonem, która jednak nie pływa, tylko lata w powietrzu, kiedy jest bardzo, bardzo wietrznie. Do tego wszystkiego ma dość smutne usposobienie, ciągle płacze, zawodzi i szlocha. Na Śląsk meluzyny przywędrowały prawdopodobnie z Niemiec. Mówi się nawet, że pierwsza znana meluzyna była żoną hrabiego Rajmunda z Poitiers! Kiedy jesienią zaczynał się okres bardzo zimnej, wietrznej pogody, podobno można było usłyszeć, jak meluzyny wyją albo płaczą w kominach. W ten sposób nasi przodkowie tłumaczyli sobie, dlaczego z kominów czasem słychać gwizdy, szelesty, a nawet zawodzenia! Ich zdaniem to meluzyny ukrywały się w środku i odpoczywały przed dalszą podróżą. Chociaż wydawane przez nie dźwięki, zwłaszcza jeśli za oknem było ciemno i złowieszczo, mogły wywoływać gęsią skórkę, to nikt się meluzyn nie bał – nie były one bowiem niebezpieczne, latały tylko po świecie i szukały swoich zagubionych dzieci. Fruwały od domu do domu, od jednej wsi do drugiej, i bez skutku próbowały znaleźć swoje pociechy. Dlatego warto było im trochę pomóc, wkładając do komina albo za okno coś do jedzenia. Ludzie chętnie podrzucali meluzynom kawałki jabłek, trochę orzechów, ziarenek, okruchów bądź zwykłej mąki, żeby mogły się najeść i nabrać sił do dalszych poszukiwań w nadziei, że w końcu znajdą swe pogubione dzieci.

Grafika meluzyny: A. Foks 

Zdjęcie: archiwum MGB 


piątek, 23 października 2020

Im dalej w las, tym więcej drzew, ale jak je rozróżnić?

Kiedy jesienią świeci słońce, aż chce się nam iść na spacer do parku lub lasu. To oczywiście świetna okazja, żeby przyjrzeć się rosnącym tam drzewom. Odruchowo sięgamy po leżące na ziemi kasztany i żołędzie, rozpoznając przy okazji niektóre z drzew właśnie po owocach lub po charakterystycznych liściach. A czy wiedzieliście, że gatunki drzew można rozpoznać po masie innych cech, takich jak np. kształt korony albo kolor i spękanie kory?

Wiemy, że kora, czyli skóra drzew chroni ich wrażliwe wnętrze przed agresywnym światem zewnętrznym. Bez kory drzewo by uschło albo padło atakiem grzybów i pleśni. Jednak ta skóra może być dla nas wskazówką, z jakim gatunkiem mamy do czynienia. Będąc na spacerze zwróćcie uwagę, że drzewa łuszcz się w różny sposób. Istnieją gatunki, które stale się osypują (jak nie przymierzając ludzie z łupieżem), są też takie, które zachowują skórę gładką i napiętą. Co ciekawe, dotyczy to tylko dorosłych i starszych drzew, które już mają „zmarszczki” - wszystkie młode osobniki mają korę gładką  jak buzia niemowlaka.

Na całym świecie rośnie wiele tysięcy różnych gatunków drzew. Trudno byłoby zapamiętać indywidualne cechy wszystkich z nich. Ale bez kłopotów możecie się nauczyć rozróżniać najpopularniejsze gatunki rosnące w najbliższej okolicy. Na naszej ekspozycji możecie dokładnie poznać i pogłaskać pnie dziesięciu z tych, które najczęściej można spotkać w śląskich lasach, a nawet w miastach. Do tego specjalnie dla was przygotowaliśmy krótki przewodnik:


  • jawor (lub też klon jawor) to drzewo mające liście trochę przypominające ludzką dłoń oraz posiadające uskrzydlone owoce, znane jako „noski”, przypominające trochę skrzydełka. Jego kora początkowo jest gładka i szara, z wiekiem jednak zaczyna się łuszczyć w dużych płatach i często zyskuje czerwonawe plamy (nie dajcie się jednak zwieść. Z powodu omszenia złuszczona kora lubi też przybierać kolor zielony).

 

 

  • olcha czarna to drzewo szczególnie lubiące wodę i cień. Ma zaokrąglone liście i malutkie czarne szyszeczki. Poznacie ją też po ciemnej, spękanej i łuskowatej korze.  

 

 



  • jesion wyniosły to wysokie drzewo z liśćmi podobnymi do listków akacji lub jarzębiny, łatwe do rozpoznania po pęczkach nasion w kształcie długich i cienkich języczków. Kora jest dość jasna z podłużnymi spękaniami, które wbrew pozorom są dość gładkie i przyjemne w dotyku. Także możecie głaskać jesiony bez obaw o swoje palce.









  • brzoza to drzewo, które można łatwo rozpoznać po biało-czarnej korze. Jej listki są w kształcie niedużego serduszka (lub jak kto woli: trójkąta). Owoce brzozy przypominają wałeczki złożone z całej masy drobnych uskrzydlonych nasionek, które łatwo się rozpadają i ulatują na wietrze.














  • lipa drobnolistna to wysokie drzewo o dużych liściach w kształcie serca. Owoce lipy są kuliste i schowane w cienkiej łupinie, z jednym skrzydełkiem, dzięki któremu łagodnie spadają z gałęzi. Kora lipy może być ciemnoszara lub czerwona, ale zawsze jest podłużnie spękana. I to bardzo!









 

  • buk zwyczajny to drzewo liściaste z pięknym, gładkim pniem w szarym kolorze, z charakterystycznymi „oczami” na korze (co ciekawe, ich kora zawsze pozostaje gładka, nawet u bardzo starych drzew). Jest niezwykle lubiane przez wiewiórki i ludzi ze względu na małe, jadalne orzeszki w kłującej skorupce. Ich liście mają typowy "liściasty" kształt, lekko ząbkowany na końcach.










  • dąb szypułkowy to potężne drzewo, mogące dożyć nawet 1000 lat, szczególnie lubiane przez wiewiórki, dziki i ptaki, ze względu na pożywne żołędzie. Charakterystyczne listki u tego gatunku są zaokrąglone (odwrotnie jajowate). Jest to istotna wskazówka, która pomaga odróżnić ten rodzaj dębu od jego kuzynów, np. dębu czerwonego, którego listki nie są zaokrąglone, a raczej "postrzępione" i "zębate". Kora dębu szypułkowego jest gruba, ciemnobrązowa i z dużą ilością chropowatych spękań.










  • jodła pospolita to drzewo iglaste z dużymi, stojącymi do góry „na baczność” szyszkami, które jednak nigdy nie spadają w całości na ziemię, ponieważ jeszcze na drzewie rozpadają się na drobne kawałeczki (można powiedzieć, że eksplodują jak granat!). Jej igły są zawsze zielone, skierowane jakby "do góry". Pień  pokryty jest delikatnie spękaną, łuskowatą korą o srebrzystoszarym kolorze. 









  • modrzew europejski to drzewo iglaste, które w przeciwieństwie do innych choinek żółknie jesienią i zrzuca swoje igły na zimę, ale nawet wiosną i latem łatwo go poznać – jego igły są miękkie i rosną w niedużych kępkach. Szyszki są nieduże, zaokrąglone i rosną jakby w kępkach, po kilka obok siebie. Kora tych drzew jest bardzo spękana i mocno się łuszczy, odpadając od pnia. Ponadto jest rdzawo nakrapiana.








  • świerk pospolity to drzewo iglaste szczególnie lubiane przez ludzi przed świętami Bożego Narodzenia, mające piękne, długie szyszki w kształcie cygara (zwisające "głowami" w dół) . Jego igły są zawsze zielone i rozchodzą się z gałązki promieniście, czyli równocześnie na wszystkie strony. Kora jest cienka, czerwonobrązowa i łuskowata.



Znając już cechy charakterystyczne dla dziesięciu najczęściej występujących na Śląsku drzew, czy jesteście w stanie rozwiązać krzyżówkę? Hasło odkryje przed Wami nazwę jeszcze jednego drzewa, niezbyt często spotykanego, ale niezwykle ciekawego i do tego rosnącego tuż przy naszym muzeum.





Odpowiedzi: 1. modrzew  2. jesion  3. jodła  4. olcha  5. jawor  6. brzoza  7. dąb  8.buk

Hasłem w naszej krzyżówce jest MIŁORZĄB.


A czy wiecie, że miłorząb jest najstarszym, wciąż istniejącym gatunkiem drzewa? Otóż pierwsze miłorzęby rosły już trzydzieści milionów lat temu, w czasach ery mezozoicznej, czyli wtedy, kiedy na ziemi królowały dinozaury! Od tego czasu ten gatunek prawie w ogóle się nie zmienił, dlatego nazywamy go "żywą skamieliną". Dziś potomka tamtych miłorzębów możecie oglądać między innymi przy naszym muzeum, zaglądając do ogrodu otaczającego budynek od strony ul. Wojciecha Korfantego 34. Motyw liścia miłorzębu zdobi także wejście do naszego „Pałacyku”.

Miłorzęby łatwo rozpoznać po charakterystycznych listkach, które przypominają nieco wachlarzyk. Jesienią zawsze zmieniają kolor z zielonego na żółty. 

 

Zdjęcia: baza grafik google

Krzyżówka: dział edukacji MGB

wtorek, 20 października 2020

Co to jest synagoga

Sławomir Pastuszka

Zanim odwiedzimy jakąkolwiek synagogę warto zapoznać się wcześniej z jej podstawową definicją. 

Po zburzeniu Drugiej Świątyni Jerozolimskiej w 70 r., synagoga stała się najważniejszą instytucją judaizmu, pełniąc przede wszystkim rolę miejsca gromadzenia się lokalnej wspólnoty żydowskiej, nauczania oraz wspólnego odprawiania modłów z udziałem przynajmniej minjanu . Z tego też powodu w języku hebrajskim funkcjonują jej trzy podstawowe nazwy: bejt kneset (dom zgromadzenia), bejt midrasz (dom nauki) i bejt tfila (dom modlitwy). Należy wyraźnie zaznaczyć, że synagoga nie jest świątynią, tak jak kościół czy meczet, choć w pewnym uproszczeniu bywa tak nazywana. Jako budynek jest miejscem profanum, a znajdujące się w niej zwoje Tory, darzone największym szacunkiem, stanowią w niej elementy sacrum. Synagoga nie jest także miejscem składania ofiar czy oddawania czci Bogu za pośrednictwem obrazów i posągów. 

Trzy powyższe hebrajskie nazwy synagogi wynikają z jej wielofunkcyjności. Bejt kneset nawiązuje do „małego sanktuarium”, którym jest Bóg wśród rozproszonych Żydów, co oznacza, że przejęła ona ze Świątyni cząstkę jej świętości, nie tylko w sferze duchowej, ale także w elementach ukształtowania. Ten typ synagogi pod względem architektonicznym to najczęściej wolnostojący budynek, o wyróżniającej się architekturze.

Choć bejt midrasz jest także miejscem zgromadzenia, modlitwy i przede wszystkim nauczania, to różnica polega głównie na możliwości wykonywania w niej czynności tzw. domowych, takich jak np. spożywanie posiłków, picie, palenie tytoniu czy spanie, gdyż w ten sposób na krócej przerywa się studiowanie Tory. Z tego powodu na jej odrzwiach zawsze zawieszana jest mezuza . Pod względem architektonicznym może być to wolnostojący budynek, jednak niewielkich rozmiarów i pod względem okazałości będący w cieniu bejt kneset. Najczęściej jest to jednak wydzielone duże pomieszczenie zaadaptowane do swoich celów w budynku mieszkalnym lub użytkowym. Bejt tfila jest generalnie synonimem dwóch poprzednich, choć z dzisiejszego punktu widzenia określa się nim najczęściej wydzielone pomieszczenie do odprawiania modłów, często utrzymywane przez osoby prywatne, stowarzyszenia czy cechy.

Termin „synagoga” wywodzi się z języka greckiego i jest odpowiednikiem jej oryginalnej, hebrajskiej nazwy. W języku polskim przyjęło się określenie „bożnica” lub „bóżnica” – czyli miejsce poświęcone Bogu. W języku niemieckim od średniowiecza popularne były nazwy „jüdische Schule” lub „Judenschul” (szkoła żydowska), z których wywodzą się nazwy synagogi w języku jidysz – „szul” (szkoła) lub „dawnszul” (dom modlitwy). W okresie kształtowania się judaizmu postępowego zaczęto stosować termin „tempel”, czyli świątynia. Spowodowane to było zmianą nastawienia przez zwolenników haskali do kwestii powrotu do Ziemi Izraela i odbudowy Świątyni Jerozolimskiej. Stąd synagoga miała stać się lokalnym odpowiednikiem zburzonej Świątyni.

Najważniejszym elementem wyposażenia synagogi jest ręcznie przepisany pergaminowy zwój Tory. Przechowywany jest w ozdobnej szafie lub wnęce zwanej aron ha-kodesz, w Europie tradycyjnie znajdującej się na osi ściany wschodniej, skierowanej w stronę Jerozolimy i Wzgórza Świątynnego.

 

Drzwi arki przysłonięte są ozdobną kotarą, zwaną parochetem, będącą symbolicznym oddzieleniem sfery sacrum od profanum. Przed aron ha-kodesz zawieszony jest ner tamid, czyli wieczne światło upamiętniające menorę i symbolizujące boską obecność. Centralnym punktem jest bima, z której odczytywane są zwoje Tory i prowadzone niektóre modlitwy. W synagogach środkowoeuropejskich pojawia się także amud, czyli pulpit dla prowadzącego modlitwy, zazwyczaj znajdujący się po prawej stronie aron ha-kodesz.

W tradycyjnych synagogach obowiązuje mechica, czyli separacja płci. W związku z tym wydziela się osobne miejsce dla kobiet, zwane po polsku babińcem lub po hebrajsku ezrat naszim. Mogą to być osobne pomieszczenia, balkony lub empory, ewentualnie wydzielone rzędy siedzeń w głównej sali modlitewnej. Powód separacji płci tłumaczy się utrzymaniem skromności i pomocą w skupieniu podczas modlitwy. Obecnie synagogi reformowane i konserwatywne zniosły zwyczaj rozdzielenia płci.

Żeby dowiedzieć się więcej o synagodze, jej funkcji i wyposażeniu zapraszamy do obejrzenia wykładu pana Sławomira Pastuszki, który został nakręcony w katowickiej synagodze, dzięki uprzejmości Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Katowicach.


Opracowano na podstawie:

Sławomir Pastuszka, Nic to innego tylko dom boży… czyli o dziejach pszczyńskich synagog, Pszczyna 2015, s. 12-13.

poniedziałek, 6 lipca 2020

Co w trawie piszczy? Część 6

 Co mają wspólnego pszczoły, głód i wiercenie dziur w drewnie?


Dużo się ostatnio mówi o koszeniu trawy. Mieszkańcy miast podzielili się na zwolenników skoszonych trawników oraz na obrońców dzikich chaszczy. Pomijając kwestie estetyczne (bo o gustach się nie dyskutuje i każdy ma prawo lubić to, co lubi), warto się zastanowić nad wartością ekologiczną i bioróżnorodnością przyrodniczą. 

Mamy jako ludzie tendencję do lekceważenia siły bioróżnorodności. Wzruszamy ramionami kiedy słyszymy doniesienia o zagrożonych lub wymierających gatunkach zwierząt i roślin, uznając, że nie ma to żadnego wpływu na nasze życie. Zapominamy jednak, że wszystko jest w przyrodzie silnie połączone i nawet najmniejsze stworzonko może wpłynąć na nasze życie, zupełnie jak w grze polegającej na przewracaniu kostek domina. Dzisiaj przyjrzymy się bliżej jednemu z nich. 

Ile znacie gatunków pszczół? Większość osób słysząc to pytanie jest w stanie podać jako odpowiedź tylko pszczołę miodną – znaną bohaterkę bajek i opowieści, dzielną zbieraczkę nektaru, pracowitą robotnicę, która produkuje miód i upycha go w ulu w komórkach o kształcie sześciokąta.
Oczywiście to prawda, pszczoła miodna faktycznie prowadzi pracowite życie w kolonii o silnie określonej strukturze społecznej. Ale to tylko jeden z możliwych wariantów. Czy wiecie, że na świecie żyje 20 tysięcy gatunków pszczół? W samej Polsce możemy ich spotkać aż 470 gatunków! Większość z nich żyje samotnie, nie buduje dużych gniazd i nie wytwarza miodu. Ale to nie oznacza, że nie są one jednymi z najbardziej pożytecznych owadów na świecie.

Świat bez pszczół (i innych zapylaczy) nie przetrwałby zbyt długo. Nie wierzycie? Dzięki pracy tych owadów możemy się cieszyć roślinami i ich owocami. Aż ¾ światowej żywności jest efektem pracy pszczół! Uwierzcie, że Ziemia bez tych pracowitych robaczków byłaby bardzo pustym (i głodnym!) miejscem. Tym bardziej powinno nas martwić, że w ostatnich latach pszczoły masowo chorują i umierają. 

Jak możemy im pomóc? Większości problemów nie jesteśmy w stanie sami rozwiązać. Jest jednak kilka rzeczy, które może zrobić każdy z nas, nawet mieszczuch z mieszkaniem bez ogródka. 

Rzecz pierwsza – domek dla owadów. Chyba wszyscy wiemy, że praca przy ulach jest niezwykle trudna i wymagająca. Ale mało kto wie, że hodowanie innych rodzajów pszczół jest łatwe, przyjemne i bez wysiłkowe. Mowa między innymi o murarkach ogrodowych.
Te małe, pracowite dzikie pszczółki nie tylko świetnie zapylają rośliny, ale też nie są wybredne jeśli idzie o mieszkanie. Wystarczy kawałek drewna z nawierconymi dziurami (nie za dużymi i nie za małymi, akurat takimi w sam raz), któremu zapewnimy osłonę przed deszczem i wystarczającą ilość światła i cienia. W takim miejscu pszczoła będzie mogła złożyć jajeczko i pyłek, które pracowicie zalepi piaskiem lub gliną. Po jakimś czasie wykluje się z niej młoda pszczoła, która, gdy będzie już dość duża, przegryzie się na wolność i wyjdzie z norki. Murarki nie zwykły odlatywać bardzo daleko od gniazda, dlatego domek powinien dość szybko zapełnić się owadzimi siostrami i ich potomstwem. Co ważne – murarki nie gryzą i nie żądlą w obronie gniazda, więc możemy bez obaw przebywać w ich towarzystwie.


Jednak domek, to nie wszystko. Nasze pszczoły muszą coś jeść. Niestety tuje i krótko ścięty trawnik to za mało dla zapylaczy. Musimy im zapewnić dostęp do kwiatów. Co więcej, nie wystarczy jedna doniczka z pojedynczym kwiatem – nawet jeśli nasz zapylacz najadłby się pyłkiem z tego kwiatu, nie będzie miał co jeść, kiedy kwiat już zwiędnie i przekwitnie. Dlatego musimy dopilnować, by w pobliżu domku rosły różne rośliny, które kwitną w innym czasie. Warto sprawdzić w internecie które rośliny dają najwięcej pożywienia zapylaczom, a które – równocześnie – dobrze sprawdzą się jako ozdoba ogrodowa lub jako grządka owocowo-warzywna? Możecie bowiem z powodzeniem podsunąć swoim owadzim podopiecznym kwiaty agrestu, porzeczki lub dyni – na pewno nie pożałujecie! 

W czasie wyższych temperatur i przy rzadkich opadach deszczu warto też wystawić naszym owadom poidełko. Nie może to być jednak zwykły talerzyk czy miseczka z wodą, ponieważ pszczoła zamiast się napić może się przez przypadek w nim utopić. Dlatego warto wyłożyć na powierzchnię coś, co będzie pełniło funkcję bezpiecznego lądowiska oraz (w razie potrzeby) koła ratunkowego. Kilka kamieni, trochę piasku albo trochę patyczków powinno się świetnie nadać. 

Jeśli natomiast będziecie niedaleko naszego muzeum, zajrzyjcie za budynek przy ul. Korfantego 34. Nasz domek dla zapylaczy i niekoszone chaszczowisko aż huczą od bzyczących robaczków. 

Zdjęcia: baza grafik Google

wtorek, 30 czerwca 2020

Ocalić przeszłość. Żydzi w Bytomiu.

Bytom przez większą część swojego istnienia był miastem wielokulturowym. Mieszanka kulturowa, którą stanowili mieszkańcy tego terenu była źródłem bogactwa i otwartości miejscowej ludności, na którą składali się Polacy, Niemcy, Czesi, Romowie i Żydzi. Właśnie ta ostatnia grupa i jej historia stanowi przedmiot naszego wzmożonego zainteresowania od 2017, kiedy to Muzeum Górnośląskie w Bytomiu zyskało niezwykłą kolekcję, która stanowi jedyną (poza cmentarzami), materialną pozostałość po społeczności będącej swego czasu ważną i liczną grupą składającą się na kulturowy pejzaż miasta. Dzisiaj wciąż stosunkowo niewiele wiemy o tym, jak wyglądało życie w wielokulturowym mieście, możemy – polegając na dostępnych relacjach – wyobrażać sobie miasto, w którym nie tylko w duchu pokojowego współistnienia i wzajemnej tolerancji, ale i w we wspólnym zaangażowaniu w dotyczące wszystkich miejskie sprawy, żyły różne grupy etniczne czy narodowe.
 
Cmentarz żydowski w Bytomiu. "Ściana pamięci".
Miasto w którym „było oczywistością, że dzieci katolickie nie hałasowały przez synagogą w święta żydowskie i dzieci żydowskie zachowywały w podobnych okolicznościach spokój przez świątyniami chrześcijańskimi”. Możemy polegać na dokumentach, relacjach, wspomnieniach ówczesnych mieszkańców miasta, w którym do dziś napotkać można ślady bogatego dziedzictwa wyrosłego na styku kultur. Dziedzictwo żydowskich mieszkańców Bytomia jest, jak zaznaczono na wstępie, materialnie niezbyt imponujące, ale nie ulega wątpliwości, że wnieśli oni ogromy wkład w rozwój i charakter miasta. Zacznijmy zatem od początku.

W Bytomiu Żydzi pojawili się już we wczesnym średniowieczu – z tego okresu pochodzą pojedyncze wzmianki o przejeżdżających lub handlujących w mieście kupcach. Na całym Górnym Śląsku powstawały wówczas skupiska Żydowskie, ale ich istnienie i trwanie było dość burzliwe – co rusz pojawiały się nowe zakazy, nakazy, ograniczenia, akty przesiedlające czy rozporządzenia o całkowitym wygnaniu, a następnie na nowo zezwalające na osiedlanie się.
Pierwsze dokumenty potwierdzające obecność Żydów w samym Bytomiu pochodzą dopiero z XVII wieku. Korzystne warunki do osiedlania się w mieście zaistniały po tym jak 26 maja 1629 roku Ferdynand II Habsburg za sumę 367 tys. guldenów odsprzedał prawa dziedziczne i własności do bytomskiego państwa stanowego Łazarzowi II Henckel von Donnersmarck. Rodzina Donnersmarcków chętnie przyjmowała i korzystała z usług Żydów, którzy – zgodnie z regulacją Wyższego Urzędu we Wrocławiu z 1656 roku –  od teraz mogli tu prowadzić wszelkiego rodzaju handel czy działalność usługową, a Rada Miejska była zobowiązana do ochrony tej społeczności przez ewentualnymi szkodami i obelgami. W mieście pojawił się wówczas niejaki Mojżesz Meyer – protegowany przez Gabriela Henckla – „Hofjude”, czyli nadworny Żyd, zajmujący się sprawami hrabiego. W 1688 roku Leo Ferdinand Henckel po raz kolejny zobowiązuje Radę Miasta do dobrego traktowania Żydów i ochrony przed ewentualnymi prześladowaniami ze strony mieszkańców, pod karą grzywny.

Szkoła żydowska
W XVII wieku bytomscy Żydzi zajmowali się głównie: prowadzeniem karczm i winiarni, sprzedażą i szynkowaniem wódki, rzemiosłem oraz handlem (skórami, futrami, towarami korzennymi), importowali także zboże i wełnę z Polski oraz eksportowali sukna i towary metalowe. Liczba żydowskich mieszkańców miasta stale wzrastała. W II połowie XVIII wieku powstaje i oficjalnie działa Gmina Wyznania Mojżeszowego, wcześniej otwarto także szkołę żydowską, a na wałach miejskich (w pobliżu Bramy Gliwickiej) zostaje założony żydowski cmentarz. Gmina liczy około 100 członków i spotyka się w prywatnym domu Josefa Böhma, a następnie w domu Simona Guttmanna.

Bytomska Resursa 1881. Na zdjęciu Moriz Mannheimer - Honorowy Obywatel Bytomia.

Bytomski rynek
XIX wiek to złoty czas rozwoju gminy i miasta. Jest to też czas, który nazywany był czasem „żydowsko-niemieckiej symbiozy”. Żydzi bytomscy zasiadają w Radzie (w wyborach w 1808 roku jedno z 24 miejsc przypadło przedstawicielowi mniejszości żydowskiej), budują pierwszą, a następnie drugą (większą) synagogę przy dzisiejszym placu Grunwaldzkim, osiedlają się na ogromną skalę – do 1885 roku liczba żydowskich mieszkańców wzrasta do 2290 osób oraz przyczyniają się do rozwoju miasta prowadząc zakłady rzemieślniczo-usługowe oraz sklepy, a także współtworząc i rozwijając górnośląski przemysł. Taki intensywny rozwój gminy możliwy był między innymi, dzięki wydanemu w 1812 przez władze pruskie edyktowi emancypacyjnemu zrównującemu w prawach żydowskich i chrześcijańskich mieszkańców ziem pruskich.


Żydzi prowadzili sklepy i lokale usługowe zlokalizowane przy Rynku, ulicy Dworcowej, Jainty oraz na placu Grunwaldzkim, spotkania i modlitwy od 1869 roku, odbywały się w nowej synagodze – pięknym, reprezentacyjnym budynku, wybudowanym w tzw. stylu mauretańskim. Spotykali się w niej być może Leopold Guttmann, który był radcą miejskim, dr Otto Friedländer – prawnik, który uruchomił kopalnię „Rozbark”, Adolf Pniower właściciel restauracji przy Rynku znanej ze wspaniałych kanapek z łososiem, które w każdą sobotę po nabożeństwie spożywali wracający z synagogi Żydzi, Moritz Mannheimer – lekarz, a także wieloletni przewodniczący Rady Miasta, Louis Gräupner – handlarz towarami korzennymi i kolonialnymi, bracia Krebs prowadzący firmę Rum-, Spirit-, Liqueur-, Wein- und Cigaretten Handlung, Moritz Wolff prowadzący pasmanterię oraz handel bielizną przy Rynku 15, a także Dresdnerowie, Morawscy, Cohnowie oraz inni mieszkańcy miasta.


 Max Tau wspomina, że w synagodze spotykali się zresztą nie tylko wyznawcy religii mojżeszowej: „Również wyznawcy innych religii uczestniczyli w nabożeństwie w naszej synagodze, w wieczór (Święta) Pojednania i słuchali, co nadrabin miał powiedzieć. (…) Krótki czas po Święcie Pojednania wziął mnie ze sobą syn górnika, na mszę do starego katolickiego kościoła. Ujęły mnie zupełnie obrazy Matki Bożej, figury i dym z  kadzidła, który nas otaczał. Ja nie rozumiałem ani słowa, bo modlono się po łacinie. Ale później ksiądz wszedł na ambonę i udzielił błogosławieństwa. Wypowiedział po niemiecku te same słowa, co kilka dni przedtem nadrabin (…)”.


Synagoga. Ściana wschodnia.

Ulica Podgórna lata 30. XX w.
Również wspomnienia z dzieciństwa Maxa Rubena Guttmanna pełne są migawek z życia gminy: „W drodze do świątyni przechodziliśmy obok sklepu cukierniczego Bernsteina. Właściciel Raphael Bernstein – nazywany przez członków gminy i przez nas, dzieci, po prostu „Raflikiem” – był pobożnym i dobrodusznym człowiekiem. Należał do nielicznych żydowskich kupców z Bytomia, których sklepy pozostawały w sobotę zamknięte. Kiedy w piątek wkrótce po rozpoczęciu szabatu śpieszyliśmy do świątyni, aby śpiewać w chórze, Raflik, zanim zamknął sklep, wpychał nam szybko parę cukierków do kieszeni. Był to niejako dodatek do skromnej zapłaty od gminy”. W tym miejscu kończy się pierwsza część żydowskiej historii Bytomia. Wiemy czym były wydarzenia XX wieku dla żydowskich wspólnot. Synagoga spłonęła podczas nocy kryształowej (z 9 na 10 listopada 1938 roku), większość żydowskich firm i nieruchomości została poddana „aryzacji”. W 1942 roku Raflik, jak większość bytomskich Żydów – został deportowany. Zginął w Auschwitz.

 Klub młodzieżowy TSKŻ w Bytomiu, plac Wolskiego 4, 1966 rok,
wł. Dawid Krzesiwo.
W 1945 roku w Bytomiu pojawia się zupełnie nowa społeczność. Miasto do tej pory znajdujące się po niemieckiej stronie granicy, znalazło się na terenie państwa polskiego, oznaczało to wysiedlenie ogromnej części ludności i przybycie na te tereny zupełnie nowej – również wysiedlonej ze swojego dotychczasowego miejsca zamieszkania – ludności polskiej. Wśród repatriantów znajdowali się także Żydzi. Już w lipcu 1945 roku został utworzony w mieście Związek Religijny, który w 1946 roku stał się Żydowską Kongregacją Wyznaniową. W połowie 1946 roku w Bytomiu zarejestrowanych było około 4 tysięcy Żydów.

Przedszkolne zajęcia gimnastyczne. Wł. Eloe Laikman
Przy Kongregacji działało przedszkole, szkoła talmudyczna oraz szkoła średnia Jeshiwa vaad hazala. Prężnie działało Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów, z którym jako autor dekoracji i scenografii współpracował Jerzy Duda-Gracz.  Działalność prowadzona przez gminę koncentrowała wokół prowadzenia ewidencji ludności żydowskiej, pomocy dla przyjeżdżających do miasta, ochrony zdrowia, aktywizacji, ale także wokół przygotowania młodzieży do wyjazdu do Palestyny. Siedziba Kongregacji znajdowała się przy ulicy Smolenia 4 – były tam biura, koszerna stołówka, biblioteka oraz mykwa. Miejscem spotkań ówczesnej społeczności był natomiast dom modlitwy zlokalizowany na pierwszym piętrze dawnego hotelu „Hamburger Hof”, który prawdopodobnie był także ostatnim miejscem spotkań przedwojennej społeczności – po spaleniu Wielkiej Synagogi w 1938 roku.

Maksymilian Frey. Barmicwa. Wł. Rozalia Frey

Z czasem bytomska społeczność jedynie się pomniejszała – warunki polityczne i społeczne nie były korzystne dla osób pochodzenia żydowskiego, ponadto w 1949 roku możliwe stały się wyjazdy do Izraela. Kolejna fala emigracji miała miejsce w roku 1955, a po roku 1968 nierzadko wyjazdy stawały się konieczne. Kongregacja Wyznania Mojżeszowego działała do roku 1992,  by następnie stać się filią GWŻ w Katowicach.
W 2017 roku dom modlitwy przy placu Grunwaldzkim został zlikwidowany, a całe jego wyposażenie oraz przebogaty księgozbiór trafił do Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu, gdzie poddawany jest konserwacji i digitalizacji, a także stanowi punkt wyjścia dla muzealnych projektów edukacyjnych i wystawienniczych.



środa, 3 czerwca 2020

Kawa z mlekiem czyli niespodzianka jak malowana!

Stare powiedzenie mówi, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Popieramy! Rozlane mleko, jak również inne płyny, są doskonałą bazą dla dzieła sztuki. Nie wierzycie? 

Wraz z dorastaniem łatwo dajemy się upchnąć w ramy schematycznego myślenia i narzekamy, że nie jesteśmy kreatywni. Tymczasem okazuje się, że z tych ram można bardzo łatwo wyjść, a także że bycie kreatywnym wcale nie wymaga od nas jakiegoś specjalnego talentu czy weny twórczej. Na przykład wydaje nam się, że malować można tylko farbami, ale tak naprawdę malować można wszystkim – herbatą (czarną, zieloną, czerwoną i ziołową), kawą (rozpuszczalną i mieloną), sokami owocowymi, a jeśli lubicie odrobinę tajemniczości, również sokiem z cytryny albo mlekiem. Oczywiście każda z tych cieczy ma inne właściwości barwienia papieru, które można w różny sposób wykorzystać do malowania obrazów. Ale jak malować? "Przecież nie mam talentu!", "nie mam pomysłu"... Dzisiaj udowodnimy Wam, że wystarczy już zwykła plama z kawy i że coś, co uznajemy za "błąd" może być bazą do stworzenia czegoś naprawdę fajnego. Dzisiaj polecamy Wam cztery sprawdzone przez nas metody, które możecie w dowolny sposób wykorzystać, a nawet mieszać ze sobą: 

Sójka. Cieniowanie uzyskano za pomocą naparów
o różnej "mocy".

Metoda 1 – "kawowa kolorowanka". Jeśli jesteście typem osoby uporządkowanej, która z góry wie, co chce namalować, ta metoda jest dla Was. Na początek przygotujcie sobie kilka naparów o różnej intensywności, np. kawę z małą ilością wody, kawę na pół z wodą i kawę rozcieńczoną (zamiast kawy może być także herbata). W ten sposób otrzymujecie trzy kolory, którymi możecie malować swoje obrazy, używając kaw, jak farb o różnych kolorach. Możecie w ten sposób namalować pejzaż, portret, albo zwykłego kwiatuszka, zależnie od Waszej chęci. Nazwaliśmy to "kolorowanką", ponieważ możecie zacząć od szkicu ołówkiem na papierze, żeby później uzupełniać konkretne elementy odpowiednim odcieniem naparu. Możecie też od razu iść na żywioł i malować bez szkicu. 


Metoda 2 – "ups! Rozlało się!". Pamiętacie test Rorschacha, polegający na dopatrywaniu się różnych rzeczy w atramentowych kleksach? Ten kleks przypomina nietoperza, a ten przypomina pszczoły nad kwiatkiem? Proponujemy Wam bardzo podobną zabawę. W dowolny sposób pochlapcie kawą lub herbatą kartki papieru i pozwólcie im wyschnąć. Kiedy papier już będzie suchy chwyćcie za ołówek lub cienkopis i przyjrzyjcie się kleksom. Co widzicie? Kotka? Kwiatek? Lecącą muchę? W takim razie domalujcie im wąsiki, listki czy skrzydełka, żeby każdy zobaczył to samo, co Wy. Obracajcie kartkę do góry nogami, na bogi, patrzcie pod różnymi kątami i nie bójcie się, że dacie plamę, tu nie można zrobić błędu! 


 

Metoda 3 – "niesforne filiżanki". Komu z nas choć raz się nie zdarzyło postawić mokry kubek na papierze. Pal licho, jeśli to była tylko stara gazeta, gorzej, jeśli trafiło na jakieś ważne dokumenty, bo teraz na kartce widnieje malownicze kółko... Cóż zrobić w takiej sytuacji? Wystarczy znów uruchomić swoją wyobraźnię i zamienić kółko (lub kółka) na rower, sowę, buzię albo okulary. Możliwości są nieograniczone! 

Co tam jest namalowane?
Żelazko pomoże odkryć tajemnicę!


 
Metoda 4 – "szpieg w natarciu". Coś dla tych, którzy chcieliby zostać w ukryciu, albo przekazać komuś tajną wiadomość. Tym razem nie używamy kawy ani herbaty, ale soku z cytryny lub zwykłego mleka. Malowanie tymi cieczami jest dość trudne, ponieważ nie zostawiają wyraźnych śladów na papierze. Po co więc się męczyć, żeby malować niewidzialny obrazek? Już wyjaśniamy, że obrazek nie musi być niewidzialny na zawsze. Wystarczy, że podgrzejecie malunek np. za pomocą rozgrzanego żelazka, wtedy wszystko to, co namalowaliście lub napisaliście nagle pojawi się na papierze. (Wspaniałe, jeśli chcecie wysłać komuś tajny liścik!) 


Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, byście mieszali ze sobą wszystkie powyższe techniki. Wyobraźcie sobie, np. połączenie metody 3 i 4: z pozoru dwa odbite kółka od filiżanki, ale po podgrzaniu kartki nagle okazuje się, że zmieniają się w okulary! Można w ten sposób tworzyć wspaniałe obrazki, laurki, kartki okolicznościowe, albo po prostu miło spędzić czas i pośmiać się w towarzystwie. 
Przykład połączenia metody 3 i 1.

Polecamy zaparzenie sobie filiżanki kawy lub herbaty i samodzielnie sprawdzenie, co kryje się a Waszej wyobraźni, wystarczy chwycić za pędzel. Udanego malowania! 



Zdjęcia: baza grafik Google

poniedziałek, 18 maja 2020

Co w trawie piszczy? Część 5

Co mają wspólnego trybiki zegara, butelka, DIY i ekosystem przyrodniczy?

Poniższy wpis będzie nieco inny od tych, które powstały do tej pory. Nie przybliżymy Wam bowiem jednego zwierzaka i nie będziemy odkrywać sekretów jego życia. Dziś skupimy się na czymś innym, ale nie mniej ciekawym – na całym ekosystemie. 

Graficzny przykład dzikiego lasu naturalnego...
Czym jest ekosystem? W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że jest to żywa, ciągle zmieniająca się sieć łącząca ze sobą różne organizmy żyjące w jakimś miejscu. Na przykład ocean to inne miejsce z innymi zwierzętami, które wchodzą między sobą w inne relacje niż chociażby pustynia, łąka albo las. Co ważne, ekosystem nie jest czymś stałym, ciągle się zmienia i przekształca. Jak to możliwe? Pamiętacie naszą opowieść o migrujących zwierzętach i roślinach? Wystarczy, że w jakimś miejscu pojawi się nowe stworzenie. To wymaga od „rdzennych mieszkańców” swojego rodzaju ustosunkowania się do przybysza i wytworzenia nowych relacji – czy mam go zjeść? Albo czy on zje mnie? A może zje coś, co ja zjadam? Czy może zajmie mój dom? Możliwości jest bardzo dużo.

Ludzie obserwując takie zmiany często wychodzą z założenia, że dzieje się coś bardzo złego i koniecznie trzeba naturze pomóc. Nic bardziej mylnego! Oczywiście, może się na przykład zdarzyć, że do lasu wprowadzą się bobry i tworząc tamę na małej rzece spowodują zalanie dużego terenu, przez co część zwierząt będzie musiała się przeprowadzić. Ale nie oznacza to końca ekosystemu, tylko jego zmianę. Znany nam wcześniej las zniknął, owszem, ale pojawia się nowe środowisko, w którym zamieszkają nowe zwierzęta i rośliny. Nic złego się nie stało, ponieważ jest to naturalne. Tymczasem mamy jako ludzie tendencję do prób zmieniania wszystkiego po swojemu. Tworzymy lasy hodowlane, w których dominują drzewa jednego gatunku, wszystkie w tym samym wieku. Próbujemy usuwać z przyrody drapieżniki, albo wprowadzać nowe gatunki, ponieważ wydaje nam się, że wiemy co robimy i że będzie to dla przyrody lepsze. 

... i lasu stworzonego przez ludzi.
 Wyobraźcie sobie zegar. W środku są kółka i trybiki, wszystko się o siebie zazębia i razem się kręci. Zegar działa. A co jeśli wykręcimy jedną śrubkę? ...może nic się nie stanie. Może co najwyżej jeden trybik zacznie się kręcić wolniej, a wraz z nim trzy kolejne? Może zegar przez to zwolni, a może nie. A co jeśli wyjmiemy jeden trybik, nawet najmniejszy? A co jeśli wyjmiemy dwa lub trzy? Czy zegar dalej będzie pracował tak sprawnie jak kiedyś? Ile trybików trzeba usunąć, by zegar się zepsuł i przestał pracować?
Z przyrodą i ekosystemami jest dokładnie tak samo.

Teraz zmienimy odrobinę wątek i porozmawiamy o czymś, co nazywane jest potocznie „lasem w słoiku”. Cóż to takiego? Wyobraźcie sobie rośliny w szczelnie zamkniętym szklanym naczyniu, które żyją bez Waszej ingerencji. Nie trzeba ich przycinać, pielęgnować ani podlewać. Same dają sobie radę, zupełnie jak w naturze. Brzmi jak bajka?

Pierwszy ogród w butelce został ponoć stworzony przez Davida Latimera, który w 1960 roku zasadził trzykrotkę w ogromnej szklanej butli. Pozornie nic w tym zaskakującego. Jednak Latimer ostatni raz podlał swoje rośliny w 1972 roku! To oznacza, że od prawie 50 lat są one samowystarczalne i nie potrzebują pomocy człowieka, by przetrwać w nietypowym, zamkniętym, szklanym środowisku. 

Pan Latimer ze swoim butelkowym ogrodem.
Jak to możliwe? Wszystko krąży w obiegu zamkniętym – poziom wilgotności jest stały, bo woda nie paruje na zewnątrz naczynia, a rośliny, które umierają, użyźniają glebę dla kolejnych pokoleń roślin. Ponieważ przez szkło przechodzi światło słoneczne, możliwa jest fotosynteza. Tlen wytwarzany przez rośliny pochłaniają żyjące w glebie bakterie, które wytwarzają dwutlenek węgla. Jak to się więc dzieje, że rośliny nie rozrosną się na tyle, by rozsadzić butelkę od środka? Otóż wiedzą, ile miejsca posiadają i się do niego dostosowują. I tak to się kręci, jak w zegarku! 
Przekrój lasu w butelce. Warto
zwrócić uwagę na warstwy.

„Lasy w słoikach” są ostatnio niezwykle modne. Może je kupić przez internet lub w sklepach ogrodniczych, a nawet zrobić samemu (instrukcje bez problemu znajdziecie w internecie). Zanim jednak zrobicie zakupy, przyjrzyjcie się dobrze i zastanówcie, czy rzeczywiście kupujecie prawdziwy „las w słoiku” czy tylko ładną podróbkę. Oto kilka porad z naszej strony, które pomogą Wam uniknąć pomyłki.

Przede wszystkim żeby „ogród w butelce” był samowystarczalny, musi być szczelnie zamknięty. Jeśli Wasze wazony mają otwory lub nie są zakorkowane, cała wilgoć wyparuje i rośliny ostatecznie zwiędną lub uschną, jeśli nie będziecie ich podlewać.
Równocześnie, nadmiar wody też nie jest dobrym rozwiązaniem, bo rośliny zgniją lub zapleśnieją w zamknięciu. Dlatego zwłaszcza w przypadku własnoręcznie robionych „lasów”, warto usunąć nadmiar wody przed ostatecznym zamknięciem naczynia.
Żeby rośliny nie zgniły, w słoiku koniecznie musi się znaleźć warstwa węgla aktywnego – jego obecność poprawia filtrowanie krążącej w obiegu wody, tak samo, jak to się dzieje w przyrodzie. Zwróćcie również uwagę na gatunki wybranych przez Was roślin. Lubiące wilgoć paprocie i nieprzepadające za nadmiarem wody sukulenty raczej nie nadają się do posadzenia w tym samym słoiku.
Pamiętajcie, że wszelkie ozdóbki w rodzaju suchej gałązki, szyszki, czy miniaturowej drewnianej ławeczki są oczywiście miłym akcentem, ale w prawdziwym „słoikowym lesie” długo nie przetrwają. Warunki panujące w butelce prędzej czy później zmienią je w próchno, które użyźni rosnące w słoiku rośliny.

Jeśli jednak dobrze wszystko wykonacie będziecie mogli cieszyć się swoim szklanym ogródkiem przez lata, a nawet dziesięciolecia. „Las” stworzony przez pracowników naszego Działu Edukacji ma już dwa lata i widać, że czuje się świetnie! Uczy również, że przyroda da sobie radę w najdziwniejszych warunkach i że człowiek nie jest jej niezbędnie potrzebny do przeżycia. 

Zdjęcie Latimera i przekrój słoika: baza grafik Google
Las gospodarczy i las naturalny: Fot. Witalis Szołtys